piątek, 5 października 2012

Liturgia u Ojców Kabotynów


Brałem w życiu udział w wielu Mszach, które były pod wieloma względami nie takie, jakie być powinny. Były wśród nich odprawiane w domu przy stole, na prowizorycznych ołtarzach polowych, na jachtach, przy gitarze i bębnach (sam często byłem tym grającym), albo syntezatorze nastawionym na pianino i z włączonym rytmem samby, czaczy czy licho wie czego jeszcze.
W zasadzie, jak sobie tak dobrze pomyślę, to jeśli chodzi o wierność normom i zaleceniom liturgicznym, nie wspominając o Ratzingerowskim "duchu liturgii", większość tych Mszy, w których w życiu uczestniczyłem i uczestniczę miała (ma) pod tym względem charakter co najwyżej "asymptotyczny".  W ostatnią niedzielę doszedłem jednak do wniosku, że pomimo tego nie miałem dotychczas pojęcia co to jest nadużycie liturgiczne. Że mimo wszystkich obiektywnych braków, niedociągnięć, minimalizmu, uchybień czy co tam jeszcze można na temat powiedzieć, brałem przez te wszystkie lata w kulcie, który może gdzieś czasem zbaczał, ale jednak był ukierunkowany na swój nadrzędny cel: oddanie chwały Bogu. Natomiast to, w czym miałem nieszczęście uczestniczyć przedwczoraj, nie wiem czym było, ale na pewno nie tym.
Suma w niewielkiej wiejskiej parafii. Rozpczyna się Msza, gra akustyczna gitara, męski i żeński głos śpiewają w harmonizowanym duecie jakąś rzewno-sentymentalną religijną piosenkę, jedną z takich, przy których człowiek myśli: jeszcze trochę tych słodkości i mnie zemdli. Ale nic to, nawet ładnie, jeszcze nic się nie dzieje. Wychodzi ksiądz z asystą, dalej wydaje się, że wszystko gra. Ksiądz robi Znak Krzyża (choć nie jesteśmy z żoną już teraz pewni, czy rzeczywiście go zrobił), mówi: "Miłość Boga Ojca itd.", ciągle nic nie zapowiada katastrofy. Ale po "I z duchem twoim", nagle ksiądz wychodzi z prezbiterium, wyciąga z ambonki mikrofon bezprzewodowy i zaczyna gadać.

Mówi, że tak się złożyło, iż w dekanacie są dzisiaj trzy duże uroczystości. Dowiadujemy się dalej z tego gadania, że właśnie tą Mszą rozpoczyna się plener malarski imienia pewnego księdza-artysty, który był niegdyś proboszczem tej parafii. To jest jedna z tych "uroczystości", o innych już potem bezpośrednio nic nie ma, choć wydaje się, tak spomiędzy wierszy, że drugą były gminne dożynki. Wspomniany plener, którego jednym z głównych organizatorem jest aktualny proboszcz (tzn. ten facet z mikrofonem) gromadzi specjalnie zaproszonych artystów, których nazwiska - jak zapowiada mówca - zostaną za chwilę przed głównego organizatora odczytane (bo, jak mówi ks. proboszcz: "mamy czas"). Ale zanim dochodzi do odczytania listy zaproszonych gości, zostajemy uczęstowani wywodem  proboszcza na temat siebie samego jako organizatora tak świetnej imprezy ("a ja nigdy w rękach pędzla nie miałem, wiecie?"), przeplatanym głupawymi anegdotkami i wycieczkami w stronę publiczności ("a ty, Jasiu, pamiętasz jak to czy tamto, nie?", albo: "w pani wójt [obecnej "na sali" - TD] to ja się kocham, ale ona mi ciągle mówi, że ma już męża"); po drodze zostają jeszcze wyciągnięci z ławek: sołtys (chyba) i wspomniana pani wójt (na pewno), z których każde zostaje przez księdza zmuszone do wygłoszenia okolicznościowego speechu, przerywanego zresztą ciągle przez celebransa różnymi równie okolicznościowymi wtrętami. Aaaaa, byłbym zapomniał, większość osób, o których do tej pory była mowa (artyści, organizatorzy, władze gminy itd.) otrzymali swoją porcję oklasków, nie wiem czy dobrze pamiętam, ale chyba nawet parafianie zostali oklaskani przez artystów i sami się musieli oklaskać, już nie pamiętam za co, ale niewykluczone, że za to, iż przyszli na tę Mszę. Na koniec proboszcz wyciągnął na środek głównego organizatora (szczerze mu współczułem, miałem wrażenie, że nie jest zbyt szczęśliwy), który odczytał co miał odczytać, po raz kolejny wyrażając podziękowania dla tych, którym już dziękowano i klaskano, oraz odczytując listę zaproszonych artystów. W tym czasie celebrans najpierw biegał po kościele i ściskał ręce każdej z wyczytywanych osób, a potem, jak stał, w ornacie, usiadł sobie na stopniu, oparł się plecami o balaski i stamtąd dzielnie komentował głosno co drugie słowo. Nie miałem zegarka, nie wiem więc ile czasu trwała cała ta szopka, ale na pewno co najmniej pół godziny, a myślę, że dłużej.
Kyrie eleison... Myślicie, że to już koniec? O nieee, bynajmniej.
Nie pamiętam już jak dokładnie skończyły się te nowe obrzędy przedwstępne, w pewnym momencie krew mi oczy zalała. Pewne natomiast jest, że jak już celebrans wszedł z powrotem do prezbiterium ograniczył się do tego, że stanął na ambonce i stwierdził, że nie jest teraz potrzebny sakrament pokuty (nie, nie przesłyszeliście się), bo przecież już była pokuta w czasie słuchania o artystach. Braku Gloria nie uzasadnił za co powinniśmy być mu wdzięczni.
Liturgia słowa zaczęła się od zamieszania w prezbiterium, gdzie proboszcz rozsyłał ministrantów po lekcjonarz, głośnym szeptem: "Gdzie jest książka, artyści będą czytać". Po czym z kościoła wyszła na ambonę jedna pani, odczytała lekcję, chórek żeńskich głosów z chóru zaśpiewał psalm, potem z zakrystii wyszła dziewczyna, odczytała epistołę, ksiądz odczytał ewangelię (z drżeniem czekałem czy zacznie ją na bieżąco komentować, ale szczęśliwie tego nie zrobił). Potem zamiast homilii został odczytany zrekonstruowany życiorys owego księdza, który patronował plenerowi, trzeba przyznać, że postać ciekawa i w wielu momentach heroiczna. Ten życiorys odczytała jedna pani. Kiedy skończyła proboszcz wyszedł na ambonkę i zaczął snuć jakieś anegdoty o owym księdzu, jak to kazał swojej gospodyni przynosić sobie deski, na których chciał malować i inne tego typu. A jak już wyczerpał mu się zapas opowieści machnął ręką w górze i zawołał: "Panie organisto, na ofiarowanie!".
Siedziałem w pierwszym rzędzie. I kiedy po chwili skonsternowanego milczenia zagrała gitara i znów zabrzmiał sentymentalny duet byłem bezpośrednim świadkiem, jak proboszcz, przywołany chyba gestem owego organizatora pleneru wyszedł z prezbiterium i odpowiadając najwyraźniej na próbę zwrócenia mu przez tego ostatniego uwagi, że pominął ważne części Mszy odpowiedział, że przecież wyznanie wiary już było... w ramach homilii.
Resztę Mszy przesiedziałem jak w amoku. Symbolicznego wymiaru nabrało dla mnie wyjście celebransa i asysty do zakrystii. Otóż do Mszy służyło kilku ministrantów młodszych i jeden starszy (taki typ dryblasa). I kiedy ta ekipa schodząc mijała świece stojące na ołtarzu jeden z młodziaków zdmuchnął po drodze dwie z nich, ale już trzeciej nie zdążył, bo na plecy następował mu ten dryblas, i to on zagasił ostatnią, stojąc na jednej nodze, przechylając się do tyłu i wyciągając rękę, żeby zdążyć pacnąć knot zanim logika zejścia do zakrystii każe mu dogonić będących już tam kolegów. Udało mu się za drugim razem. Nie wiem czego to symbol, ale symbol jak nic, jak pacnięcie w... knot.
To nie nocny koszmar liturgisty. Mogłem gdzieś pomylić chronologię jakiegoś szczegółu, ale tak właśnie wyglądała moja Msza niedzielna w tym tygodniu. No właśnie, nie mam pewności czy to rzeczywiście była Msza, nie wiem gdzie dokładnie byłem. I nie wiem, co mam z tym zrobić. Pierwsza reakcja, która mi przyszła do głowy jeszcze w trakcie tego cyrku na początku to było wstać i powiedzieć głośno: "Księże, niech ksiądz skończy te wygłupy i wraca do Mszy". Druga, mniej więcej przed liturgią słowa, to wstać, wyjść i jechać na Mszę gdzie indziej, najlepiej trydencką. Trzecia, to iść po Mszy do proboszcza i wygarnąć mu co Kościół i ja myślimy na temat takich praktyk. Żadnej nie zrealizowałem, raz, że nigdy nie miałem śmiałości od takich posunięć i za łatwo się denerwuję, a dwa, że były ze mną dzieci brata mojej żony, które należą do tej parafii i których nie chciałem w to wciągać. Ale coś przecież zrobić muszę, nie mogę tak tego zostawić. Ale co - nie mam pomysłu? Może ktoś coś poradzi?


Źródło:
breviarium.blogspot.se

czwartek, 4 października 2012

Szpitalne dzieciobójstwo

Melissa Ohden, ocalała z aborcji. Fot. Life on the Rock
Fundacja Pro- Prawo do życia od dłuższego czasu próbuje dowiedzieć się, w jaki sposób zabijane są dzieci nienarodzone, czy zdarzyło się, że przeżyły aborcję, a jeśli tak, czy szpital ma wdrożone procedury ich ratowania. Fundacja wie, że warto o to pytać, bo takie rzeczy mają miejsce w wielu krajach, i to częściej niż się wielu wydaje.


W 1977 r. w szóstym miesiącu po trwającej pięć dni aborcji urodziła się w USA całkowicie zdrowa Melissa Ohden. Dziś jeździ po świecie, aby „być głosem tych, którzy głosu nie mają”. W podobnych okolicznościach w Korei Południowej przyszedł na świat ze zniekształconą lewą ręką Josiah Presley, adoptowany potem przez amerykańską rodzinę z dwanaściorgiem dzieci. Najbardziej znana jest za to Giana Jessen, kobieta, która urodziła się z porażeniem mózgowym. Ich przykłady pokazują, jak bardzo można chcieć żyć, nawet ze stygmatyzującą naklejką „niechciane dziecko”. I walczyć o własne życie w najbardziej beznadziejnych warunkach, przy szansach na przeżycie bliskich zeru. Według strony www.theabortionsurvivors.com, w USA żyje 44 tysiące osób, które przeżyły aborcję dokonaną za pomocą różnych zabójczych metod. To są żywe, chodzące przykłady ocalonych z aborcji. Te, przeznaczone do worka na odpady medyczne, których po urodzeniu ostatecznie nikt nie ocalił, dużo łatwiej wymazać z rzeczywistości. Liczba tych, których ostatecznie dobito, musi być większa.

Kwestię żywych urodzeń po aborcji nagłaśniała w USA Jill Stanek, wtedy pielęgniarka, która była ich świadkiem w Christ Hospital (SIC!) w Oak Lawn, w stanie Illinois. Kiedy władze szpitala odpowiedziały, że nie zaprzestaną pozostawiania noworodków na śmierć, Stanek upubliczniła znane przez siebie fakty, po czym straciła w końcu pracę. Wielokrotnie składała zeznania w amerykańskim Kongresie. W 2002 r. prezydent Bush zaprosił ją na ceremonię podpisania ustawy Born Alive Infants Protection Act, chroniącej dzieci urodzone po aborcji przed dzieciobójstwem.

W innych krajach położne również borykają się z podobnym „problemem”. W tekście z 2012 r. „Porzucanie noworodków na śmierć (w norweskim raju)” Barbara Liwo relacjonuje artykuły na ten temat w norweskiej prasie: z „Aftenposten” i „VG” (Verdens Gang). Jak wyjaśnia, „Afteposten” uchodzi za najpoważniejszy dziennik w Norwegii (skrzyżowanie „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”), a VG jest odpowiednikiem „SuperExpressu” czy „Faktu”. Z jej opracowania wynika, że na oddziale położniczym szpitala Rikshospitalet w Oslo specjalizującym się w przyjmowaniu wcześniaków (z doskonałą do tego kadrą) i dokonywaniu tzw. późnych aborcji również nierzadko dochodziło do żywych urodzeń po aborcjach w formie wymuszonego porodu. Dzieci te odkładało się gdzieś na bok, jak rzeczy, żeby umarły. Jedna z norweskich położnych, Bodil Thorsnes, która nie mogła się z tym pogodzić zastanawiała się (sic!), czy dzieci te czuły ból. Na szczęście, nie była w swych dylematach odosobniona. 57 pracowników szpitala podpisało się pod listem, w którym prosili o wyjaśnienie, czy pozostawienie 6-miesięcznego dziecka na śmierć było zgodne z prawem. Pisali, bo nie chcieli już nigdy w czymś takim uczestniczyć. List trafił w końcu do Departamentu Zdrowia, gdzie przez rok (SIC!) czekał na odpowiedź. W maju 2012 r. biurokraci uznali, że aborcja po 22. tygodniu jest sprzeczna z prawem. Położne były dość zadowolone, że osiągnęły cel. Widać, aborcja w 21. czy 20. tygodniu jest już dla nich do zaakceptowania. Tylko właściwie dlaczego?

W Szwecji niektóre położne również nie mogą do końca w spokoju wykonywać swojej pracy. Tak przynajmniej wynika z tekstu “Pro-life po szwedzku” Weroniki Pomiernej w “Gościu Niedzielnym” (2012 r.). W nim to bohaterka artykułu, Gunilla Gomér, szwedzka polityk, która studiowała pielęgniarstwo aby zostać położną, opowiada swoje doświadczenie z tzw. późną aborcją w jednym ze szpitali w Göteborgu, przy której musiała asystować w ramach przyuczania do zawodu. Gomér opisuje, że przy tego typu aborcji kobiecie najpierw podawany jest środek mający zabić dziecko, po czym następuje poród martwego człowieka. Ku jej zaskoczeniu, dziecko urodziło się żywe i próbowało zaczerpnąć powietrza. Poinstruowano ją, aby je zabrała tak, aby matka tego nie zauważyła, a następnie włożyła je do specjalnie przygotowanej misy i przykryła ją pokrywką. Wieczko miała trzymać tak długo, aby po odcięciu dostępu powietrza dziecko po prostu się zadusiło. Potem zostało włożone do plastikowego worka z napisem „odpady do spalenia”. Gomér podkreśla, że „nikt się nie sprzeciwił, nikt nie zareagował. Wszyscy wypełniali swoje obowiązki, postępowali wobec ustalonej procedury”. Wynika z tego, że na taką ewentualność byli przygotowani. Żywe urodzenia dzieci po aborcji musiały mieć wcześniej miejsce. Zapewne tak jak i te dzieciobójstwa. Niestety Polska nie jest pod tym względem wyjątkiem.

W tekście „Nieludzkie czasy” czytamy: Przedwcześnie urodzone dzieci, ze zbyt niską masą urodzeniową, były w Polsce w latach 60. topione w wiadrach z wodą albo wynoszone na 30-stopniowy mróz, by zamarzły. W statystykach szpitalnych wpisywano zaś, że urodziły się martwe – pamięta prof. Roman Czekanowski. Ilu lekarzy ginekologów i położników ma takie wspomnienia? I czy była to praktyka tylko najgorliwszych, najambitniejszych kierowników oddziałów szpitalnych, zabiegających o względy i osobistą karierę u ówczesnych włodarzy PRL-u, czy rutynowe działanie? Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym dzieciobójstwie, więc chcę wierzyć, że jednak były to sytuacje nieczęste- pisze redaktor naczelna Aleksandra Gielewska w „Służbie Zdrowia” (2010 r.). A na koniec pyta: Bo czy my również, ludzie współcześni, uznający za priorytet sprostanie oczekiwaniom władz administracyjnych, odgórnie narzucanym wskaźnikom, wytycznym, normom, ograniczeniom, rygorom budżetowym – zawsze postępujemy etycznie? I czy nie zostaniemy z upływem lat uznani przez następców za nieokrzesane prymitywy, bezmyślnie podporządkowujące się chwilowym regułom? Niestety, to pytanie odbija się jak groch o ścianę milczenia. A niestety wygląda na to, ze praktyki z lat 60. nadal mogą mieć miejsce.

W „Życiu Warszawy” (2006 r.) pojawił się tekst „Noworodki bez ratunku” na podstawie relacji położnej, która w 1997 r. była świadkiem pozostawiania na śmierć dzieci z terminacji ciąży oraz zmieniania dokumentacji medycznej w sprawie noworodków, które przeżyły sztucznie wywołany poród w stołecznym szpitalu. Dzieci 22-25-tygodniowe, „wyrwane siłą z macicy” miały być odkładane na zimną miskę (nerkę na odpadki), zawinięte w serwetę i odstawiane na szafkę, aby tam zmarły. Według Fundacji Nazaret, z relacji ludzi wynikało, że przypadki pozostawienia noworodków na śmierć miały miejsce w całej Polsce. Prokuratura Okręgowa w Warszawie miała zająć się śledztwem. Jej rzecznik jednak dość szybko „zapewnił, że nie mowy o zabójstwie”, ale raczej o „urzędniczym zaniechaniu”, a potem o znieważeniu zwłok. Wygląda na to, że sprawa nie mogła mieć żadnego pozytywnego ciągu. Została umorzona. Prawda okazała się zbyt straszna, aby jej spojrzeć w oczy? Jeśli jest zbyt okrutna, żeby o niej mówić, jak w ogóle można coś takiego legalnie bądź nielegalnie wykonywać? Obecna ustawa aborcyjna zezwala na aborcję eugeniczną do momentu osiągnięcia dojrzałości wystarczającej do życia poza organizmem matki. Za ten "moment" przyjmuje się 23-24 tydzień ciąży (choć wiele zależy od wagi, nie tyle wieku dziecka). W przypadku ratowania życia i zdrowia matki nie ma żadnej ustawowej granicy czasowej (różni lekarze coraz częściej przyznają, że praktycznie aborcja nie jest konieczna, aby ratować życie kobiecie).

Z powyższych przykładów wynika, że tam, gdzie jest aborcja eugeniczna, zdarza się szpitalne pourodzeniowe dzieciobójstwo. Pozostaje pytanie, od którego nie da się uciec. Co z tym zrobimy? Możemy wnioskować o szybką aktywną procedurę eutanazyjną dla tych dzieci (znajdą się zwolennicy!). Możemy pracować nad ustawą, która każe aborterowi ratować takie dziecko (powodzenia w jej egzekwowaniu!). Albo możemy w końcu przyznać, że aborcja jest aktem skrajnej przemocy i jej w ogóle zakazać, organizując przy tym coraz lepszą pomoc kobietom. Nikt nie ma moralnego prawa, aby zabijać najmniejszych i najbardziej bezbronnych. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

Natalia Dueholm


Indie: Aborterzy karmili psy nienarodzonymi dziećmi
Do niezwykle makabrycznego procederu dochodzi w Indiach, gdzie ciała wyabortowanych dzieci stanowią pokarm dla zgłodniałych psów. W kraju – na masową skalę – dokonuje się tzw. aborcji selektywnych, czyli zabijania nienarodzonych dziewczynek. Lekarze za wszelką cenę chcą “zatrzeć” ślady…






środa, 3 października 2012

Refleksje po tynieckim spotkaniu z buddystami.


Po niedawnej wizycie Dalajlamy w Polsce obecnie mnisi tybetańscy kontynuują jego polityczną i religijną misję, wożąc wszędzie jego portrety oraz inne ikony buddyjskiego kultu w wielu miastach Polski i organizując wykłady, ale też tańce rytualne, a także – co najważniejsze – rytualne ceremonie tworzenia oraz niszczenia tzw. mandali, co jest pradawnym buddyjskim rytuałem religijnym.
W Krakowie, dokładnie w Środę Popielcową, w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej “Manggha” mnisi buddyjscy rozpoczęli tworzenie mandali z kolorowego piasku w kształcie koła (która sama w sobie jest techniką duchową otwierającą czakramy), czemu towarzyszyły tańce rytualne. Rytualne zniszczenie mandali, które jest typową dla buddystów ceremonią inicjacyjną, miało miejsce w niedzielę, 1 marca br., o godz. 15.00, kiedy to pośród odmawianych mantr skierowanych ku “obcym bogom” wysypano mandaliczny piasek do Wisły. I chociaż oficjalnie powiedziano, że chodzi tu o symboliczny akt, który miał ściągnąć na miasto Kraków szczególne błogosławieństwo pokoju, harmonii i “energii pozytywnej” (użyto tego wyrażenia, a więc nie chodziło o czysto kulturowy symbolizm), to jednak ceremonia ta do złudzenia przypominała poświęcenie całego naszego kraju bóstwom buddyjskim, do których mnisi zwracają się bezpośrednio, tworząc mandale czy recytując mantry, i których rytualne posążki oraz obrazy towarzyszą im w pracy.
Ceremonie tworzenia i niszczenia mandali odbywają się w wielu miastach – jest to przedsięwzięcie “duchowe”, zakrojone na szerszą skalę, przeprowadzane dyskretnie i planowo pod szyldem propagowania kultury Tybetu, któremu zresztą życzymy jak najlepiej w wymiarze politycznym i społecznym.

Sztuka czy rytuał? Inicjacje pod hasłem kultury i estetyki
Pięciu tybetańskich mnichów z najbardziej znanego tamtejszego klasztoru Ganden pod koniec lutego spędziło kilka dni w klasztorze Benedyktynów w Tyńcu. Ze względu na sytuację polityczną musieli opuścić Tybet i zamieszkać w Indiach. Do Krakowa przyjechali w ramach projektu “Czas na Tybet”, którego pomysłodawcami są Justyna Jan-Krukowska i niemiecki buddysta dr Gendun Yonten. Oficjalnie chodziło tu o wymianę kulturalną, obronę praw człowieka i pomoc tybetańskim dzieciom. Jak zobaczymy dalej, nie chodziło jednak tylko o wymiary kulturowe, ale też kultyczne, nie tylko o wymiary artystyczne, ale i inicjacyjne.
Okazuje się bowiem, że organizatorka imprezy – Justyna Jan-Krukowska, zaproponowała własną wizję sztuki o charakterze rytualnym, którą “rozwiesiła” na terenie benedyktyńskiego klasztoru. Jak informuje na swoich stronach internetowych, “w roku 1995 Ryszard Nieoczym zaproponował mi udział w swoim projekcie badawczym ‘Ritual & Healing. Women’s Rituals’ (Rytuał i uzdrawianie. Kobiece rytuały)”. Pisze też dalej, że “w procesie pracy uczyłyśmy się m. in.: jak odtwarzać, a następnie przezwyciężać w ciele fałszywą dychotomię ciała i umysłu [w antropologii chrześcijańskiej istnieje ZASADNICZA różnica pomiędzy ciałem a duszą, nazwana tu umysłem - A.P.], jak pracować z ciałem jako wyobrażeniem (image), jak ożywiać świat wokół nas – zwłaszcza świat przedmiotów, jak odradzać duchową łączność z żywiołami: ziemią, wodą, ogniem i powietrzem”. Pisze też, że jej mistrz – Ryszard Nieoczym, “definiował duszę nie jako ‘obiekt’, lecz jako aktywną funkcję wyobraźni”.
Tak radykalnie pojęty prymat wyobraźni jest typowy dla antropologii ezoterycznej, której apogeum widzimy w New Age, szczególnie w praktykach tzw. wizualizacji. Po przebadaniu treści tej twórczości od strony filozoficzno-teologicznej wyrażonej na stronach internetowych sądzę, iż Justyna Jan-Krukowska eksponuje naturalistycznie (nie integralnie!) sprawę cielesności i seksualności (myślę, że chodzi tu także o seks rytualny) oraz ideologię swoistego pogańskiego feminizmu.
Nieprzypadkowo więc jej twórczość przez wielu może być odebrana jako profanacja. Jest to bliskie ideologii New Age czy wiccanizmu (feministyczna ideologia czarownictwa), wydaje się nie mieć nic wspólnego z chrześcijaństwem. Wystawianie dzieł Justyny Jan-Krukowskiej w tynieckim klasztorze było więc całkowicie pozbawione sensu i narażało zarówno zakonników, jak i wiernych na duchowy zamęt i zgorszenie. Nikt jednak wcześniej nie zbadał tej ideologii oraz faktu, że cele autorki nie są chrześcijańskie, a związane raczej z propagowaniem kultury orientalnej, rytuałów pogańskich i kosmicznej pseudomistyki typu New Age.
W swojej twórczości Justyna Jan-Krukowska ponadto reklamuje jako superartystę kontrowersyjnego reżysera teatralnego Jerzego Grotowskiego. Jest bowiem uczennicą Ryszarda Nieoczyma, który przeszedł u Grotowskiego inicjację jako stażysta Teatru Laboratorium. “Stażowanie u Grotowskiego było żyzną glebą, z której wyrosła jego twórczość i w dużej mierze filozofia życiowa. Ryszard Nieoczym okazał się – moim zdaniem – prawdziwym uczniem swego mistrza”. Stąd właśnie Krukowska, podobnie jak Grotowski czy Nieoczym, eksperymentuje z rytuałami pogańskimi i propaguje je z każdej strony. Uważam, że jest to niebezpieczne z punktu widzenia chrześcijańskiej duchowości i zasad rozeznawania duchowego.
Sam Grotowski odwoływał się do szamanizmu, pogaństwa, buddyzmu i brutalnie eksperymentował na ludziach. Niektórzy aktorzy zostali kompletnie zniszczeni, niektórzy popełnili samobójstwo (S. Ścierski). Potępił te eksperymenty i wykorzystywanie ludzi nawet znany gnostyk Jerzy Prokopiuk – co słyszałem osobiście od niego – porównując Grotowskiego do Gurdżijewa, znanego gnostyka i okultysty, cenionego w New Age. Grotowski stosował też praktyki jednoznacznie bluźniercze, jak np. w spektaklu “Apokalypsis cum figuris”. W 1976 roku w imieniu Episkopatu ks. bp Bronisław Dąbrowski domagał się zdjęcia tego spektaklu z afisza, zaś ks. kard. Stefan Wyszyński w słynnej homilii w krakowskim kościele Na Skałce nazwał przedstawienie Grotowskiego “prawdziwym świństwem”. Była to więc pośrednio – poprzez klasztor tyniecki – reklama kontrowersyjnej ideologii Jerzego Grotowskiego, co też należy uznać za duży i niebezpieczny błąd.
Polityka czy kult? Pomiędzy rytuałami a duchami i bogami
Dalajlama podróżuje i przedstawia się jako polityk, będąc jednocześnie głową teokratycznego państwa, gdzie polityka i religia są w nierozdzielnej jedności. To sprzyja niebezpiecznemu pomieszaniu pojęć oraz propagowaniu buddyjskiej religijności, często o charakterze magicznym i spirytystycznym, za parawanem, a właściwie na wózku politycznej walki o wolność.
Tymczasem Dalajlama XIV, czyli jak uważają buddyści, czternaste wcielenie duchowego przywódcy ortodoksyjnego buddyzmu tybetańskiego, propaguje publicznie nie tylko reinkarnację, ale też okultyzm. Opowiada w swojej autobiografii o tym, jak korzysta z wyroczni, czyli medium, przez które przemawia Neczung, osobisty opiekun dalajlamów od setek lat. Medium (po tybetańsku: kuten) w transie nosi na sobie 30 kilogramów ubrań i swobodnie przemawia, aż wreszcie pada bez zmysłów (Dalajlama XIV, Wolność na wygnaniu, Warszawa 1993).
Jest to klasyczny mediumizm, bezwarunkowo zakazany w tradycji chrześcijańskiej, niegodny osoby ludzkiej oraz bardzo niebezpieczny, gdyż może doprowadzić do opętania demonicznego. Do Tybetu buddyzm przyszedł w VII wieku. Ludność tybetańska była wtedy jeszcze w epoce szamanizmu. Ich wiara polegała na kontakcie z duchami, nie wykluczając złych duchów. Szamański kult został wzmocniony filozofią buddyzmu, ale także z punktu widzenia tantryzmu nie opłaca się w ogóle unikać kontaktów z duchami ciemności i złymi energiami, ponieważ nie warto odrzucać ich, lecz nauczyć się wykorzystywać je w swoich celach. Każda energia – pozytywna czy negatywna – może przydać się w okultystycznym gospodarstwie.
Według prawosławnego teologa rosyjskiego prof. Andrieja Kurajewa, który opiera się na wiarygodnych badaniach wybitnych rosyjskich etnografów i antropologów, dogadzanie tym okrutnym i krwiożerczym demonom zajęło naczelne miejsce w kulcie miejscowej ludności. W buddyjskich klasztorach Mongolii i Tybetu codzienne nabożeństwo poranne zaczyna się od złożenia krwawej ofiary “obrońcy wiary Dżamsaronowi oraz innym okrutnym bóstwom i demonom”, “boskim katom i zabójcom wrogów wiary i cnót”.
Opis podobnego rytuału ofiarniczego znajdujemy w księdze rosyjskiego etnografa A.M. Pozdniejewa, wydanej ponownie w 1933 roku przez samych buddystów. Po złożeniu kielicha krwi Dżamsaronowi oraz innym demonom wyznawcy wzywają ich, by zniszczyli wrogów, szczególnie tych, którzy przeszkadzają w rozpowszechnianiu wiary i sakralności buddyzmu (sakralności nie należy mylić ze świętością). Spośród tych demonów (obraz jednego z nich wisiał w formie kultycznej ikony w Muzeum “Manggha”) wyróżnia się demon Mahakala, który sam nie potrafi osiągnąć nirwany, lecz pobity przez Padmę Sambhawę i innych buddyjskich bohaterów musi wiecznie walczyć z tymi, którzy przeszkadzają w rozpowszechnianiu buddyzmu, przynosi zło ludziom lub przeszkadza im sprawować święte obrzędy.
Jest to wszystko ciekawe także dlatego, że dalajlamowie (według świadectwa obecnego Dalajlamy XIV) od dzieciństwa związani są z czarnym bogiem Mahakalą: “Wkrótce po moim urodzeniu na dachu naszego domu osiedliła się para kruków. To jest szczególnie interesujące, ponieważ podobne rzeczy przydarzyły się i po urodzeniu pierwszego, siódmego, ósmego, dwunastego Dalajlamy. Później, kiedy Pierwszy Dalajlama wyrósł i dotarł na wyżyny praktyk duchowych, podczas medytacji miał bezpośredni kontakt z bóstwem-obrońcą Mahakalą. I wtedy Mahakala powiedział mu: ‘Ci, którzy jak ty podtrzymują naukę buddyzmu, potrzebują obrońcy podobnego do mnie’. Tak więc widać z tego, że między Mahakalą, krukami i Dalajlamami istnieje pewna więź” (por. wywiad Dalajlamy XIV z J. Awedonom [w:] “Put” k siebie” 3/1995).
Poza tym laureat Pokojowej Nagrody Nobla wcale nie wyrzeka się współpracy z demonami i “boskimi katami”. Wręcz przeciwnie. Stwierdza, iż “żeby współpracować z tzw. gniewnymi obrońcami, musimy osiągnąć konieczny poziom rozwoju duchowego. Kiedy człowiek osiągnie pewne wyniki albo stabilność w praktykowaniu jogi, szczególnie w dziedzinie jogi bóstw, i rozwija w sobie dumę tego bóstwa, otrzymuje zdolność wykorzystywania mocy różnych obrońców i bóstw… To jest prawidłowa droga… Zrobiłem poświęcenie czakry Kali [podkr. A.P.]. Wyobrażałem sobie przy tym przeróżnych obrońców narodu tybetańskiego, tybetańskiego społeczeństwa… Te bóstwa mogą wywierać wpływ na to, co się dzieje w świecie” (tamże).
Dalajlama nie powiedział, niestety, że po to, by wywrzeć wpływ na owe “gniewne bóstwa” i przymusić je do “wywarcia wpływu na to, co się dzieje w świecie”, trzeba wypełnić tajne obrzędy tantry. Jakie to obrzędy? Przecież bogini Kali jest wielkim symbolem zła, która żąda ofiar z ludzi. Ofiary z ludzi składano dosłownie w buddyzmie jeszcze w XX wieku, co ma charakter satanistyczny. Nieprzypadkowo imię bogini Kali znajduje się w “Biblii szatana” La Veya na tzw. liście imion piekielnych, których ewokacja należy do istoty rytuału satanistycznego.
Buddyzm nie jest więc religią pokoju, harmonii i braku przemocy, jak to się oficjalnie przedstawia. Nie można zatem przedstawiać sprawy tak, jakby wszystkie niejasności, wątpliwości i przepaście teologiczne zostały rozwiązane. Nie można wchodzić w buddyjskie rytuały jak w masło, jak zdeklarowali to niektórzy (znaczna mniejszość) benedyktyni tynieccy. – Ich tradycja religijna jest starsza od naszej. Możemy wiele się od nich nauczyć – mówi o. Jan Paweł Konobrodzki. Benedyktyn prowadzi na co dzień medytacje w tynieckim klasztorze. – Poproszę braci z Tybetu, żeby podzielili się z nami swoimi medytacyjnymi technikami. Liczę na wspólną kontemplację – dodaje. Jest to podejście naiwne i nieodpowiedzialne, zakładające fałszywe poczucie intelektualnego i duchowego bezpieczeństwa.
Jest bowiem wręcz przeciwnie – już na gruncie nauki są wątpliwości (tu powołuję się na osobistą rozmowę z prof. dr. hab. Włodzimierzem Wilowskim z Uniwersytetu w Poznaniu). Według tego znawcy religii Wschodu, w buddyzmie nie można rozróżnić ducha dobrego od złego. Zresztą nie czyni się tego, liczy się skuteczność i efekt mocy (także w uzdrowicielstwie). Temu sprzyjają może “medytacje”, które mogą być ukrytą formą mediumizmu. Niebezpieczna jest też w tym kontekście mapa metafizyczna buddyzmu, który dopuszcza sześć sfer istnienia (koło życia): bogowie, półbogowie, ludzie, głodne duchy, zwierzęta, istoty piekielne. Czym lub kim są owe istoty? Kim są buddyjskie duchy? To pytanie będzie szczególnie ważne, jeśli nie będziemy redukcjonistami czy naiwnymi optymistami, a może po prostu, gdy nie będziemy zwykłymi nieukami?
Współczesny ezoteryzm korzysta z buddyzmu, co wynika także z faktu, że nawet buddyzm ortodoksyjny nie odrzuca radykalnie okultyzmu czy spirytyzmu, choć dostrzega z ich strony pewne zagrożenia.
Dialog czy zdrada? Niebezpieczeństwa duchowe
Zacznijmy od bezspornego faktu, iż buddyzm jest religią, nie może być więc rozpatrywany w kategoriach wyłącznie kulturowych czy społeczno-politycznych. Według badań naukowych, buddyzm jest bardzo adekwatnym odpowiednikiem światopoglądu czy religii gnozy (tak sądzi ks. prof. Tadeusz Dajczer, czołowy w Polsce znawca buddyzmu). Ideologia buddyzmu pomija i neguje najważniejsze dla chrześcijaństwa prawdy. Odrzuca osobowego i transcendentnego Boga, kreacjonizm, pojęcie grzechu, cierpienie jako drogę zbawienia, propaguje też reinkarnację.
Doktryna reinkarnacji jest to straszny i niebezpieczny błąd doktrynalny dotyczący eschatologii, który może zwodzić na manowce tych, co unikają radykalnego wyboru Boga w tym życiu. Jest ona radykalnie sprzeczna z dogmatem o Zmartwychwstaniu (fundamentem chrześcijańskiej wiary). Jest też swoistą plagą we współczesnej kulturze, tym bardziej że reklamowana jest przez wszystkie organizacje gnostyckie, ezoteryczne czy spirytystyczne, masonerię, teozofię, antropozofię (szkoły waldorfskie!), bioenergoterapeutów i różdżkarzy, reikowców i hipnotyzerów, psychologów jak C.G. Jung i K. Wilber, A. Santorski i W. Eichelberger, scjentologię, a także New Age i jego pochodne. Tymczasem “Objawienie chrześcijańskie wyklucza reinkarnację i mówi o spełnieniu, do którego człowiek jest powołany w czasie jedynego życia ziemskiego” (Jan Paweł II, “Tertio millennio adveniente”, nr 9), zaś Kościół katolicki oficjalnie stwierdza: “Po śmierci nie ma ‘reinkarnacji’” (KKK 1013).
W buddyzmie, zgodnie z duchem gnozy, nie ma grzechu, ale jest tylko iluzja poznania, która jest swoistym grzechem. To poznanie-oświecenie jest więc swoistym “zbawieniem”, a nie nawróceniem od moralnego zła czy grzechu. Współczucie buddyjskie nie jest miłością chrześcijańską, co dawno wykazał H. de Lubac SJ. Najbardziej niebezpieczna jest radykalna – w tym mentalna i uczuciowa, praktykowana “technicznie” – izolacja od cierpienia. Taka ucieczka przypomina gnostycką “negatio creationis”, pośrednio negację samego Stwórcy. Czy nie jest to ukryty “bunt metafizyczny”? Należy przypomnieć, że gnoza jest dla chrześcijaństwa herezją wszystkich herezji (W. Kasper).
Cały buddyzm jest zorientowany na rozpoznanie cierpienia i radykalną ucieczkę od niego. To jest pierwotne doświadczenie samego Buddy. Buddyzm szuka radykalnej ucieczki od cierpienia, co może być grzeszną ucieczką od krzyża i zdradą Jezusa. A. Läple opisuje w swojej książce o modlitwie przejmujące przeżycie mnicha-trapisty Jurgensa, który doświadcza uczestnictwa w medytacji buddyjskiej jako prawdziwej ZDRADY chrześcijańskiego Boga.
Dialog z innymi religiami nie oznacza więc stawiania na równi tych religii z chrześcijaństwem. Ważna zasada: Budda jest człowiekiem, a nie Bogiem (problem idolatrii). Tu jest religia nadprzyrodzona oparta na Chrystusie, tam – koncepcja naturalistyczna (ateistyczna?, spirytystyczna?). Nie można więc także na gruncie praktyki zestawiać modlitwy z medytacją. A może nawet uczestniczyć w buddyjskiej medytacji. “Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię, będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” (Kol 2, 8).
W kontekście powyższego uważam, że udział w rytuałach buddyjskich jest narażaniem się na grzech bałwochwalstwa, zniewoleń spirytystycznych i zgorszenia wiernych, o czym świadczą liczne reakcje i protesty katolików z całej Polski. Dialog z buddyzmem nie oznacza beztroskiej asymilacji typu synkretycznego oraz prowokowania takich religijnych zachowań, jakby nie było żadnych intelektualno-teologicznych wątpliwości, co miało miejsce w Tyńcu oraz w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej “Manggha” w Krakowie. Nie konsultowano się z egzorcystami, którzy mają negatywne doświadczenia z buddyzmem czy pseudobuddyzmem. W tym kontekście bezpośredni, oficjalny i w pełni afirmatywny udział opata benedyktynów tynieckich w tymże muzeum 1 marca 2009 r. o godz. 15.00 w rytuale niszczenia mandali (zakończonym wysypaniem resztek mandalicznego piasku do Wisły w osobnym rytuale) należy uznać za wysoce niestosowny i problematyczny.
Ceremonia ta nie miała bowiem charakteru wyłącznie kulturowego, ale wyraźnie kultyczny, czyli religijno-inicjacyjny. Byłem jej naocznym świadkiem, modląc się gorąco jako kapłan o ochronę dla wszystkich obecnych w czasie tej ceremonii. Wszędzie było bowiem dużo rytualnych figur i obrazów kultu. Był też portret samego Dalajlamy, o którym mówiłem. Zgromadzeni byli wyraźnie zachęcani do medytacji (wewnętrznego otwarcia), a obecni tam buddyści w sposób oczywisty odprawiali mantry, wyszeptując je z powagą. I mandala (obraz), i mantra (słowo), a także mudra (gest) należą do technik rytualnych, kultycznych i inicjacyjnych powszechnie występujących w ramach religii buddyzmu, co wykazują liczne badania naukowe.
Mandala nie jest tylko “symbolem wolności i pokoju”, jak to oficjalnie podano w prasie. Mandala (krąg, łuk, odcinek) – wedle poważnych definicji naukowych – to klasyczne pojęcie religijne. Jest to symboliczne przedstawienie sił kosmicznych w dwu- lub trójwymiarowej formie, które w buddyzmie tantrycznym w Tybecie odgrywa wielką rolę. W hinduizmie mandale służą rozbudzaniu świadomości identyczności z religijnie pojętą kosmiczną świadomością. Jest to obraz, rysunek lub konstrukcja przestrzenna z różnokolorowego piasku, służąca jako pomoc dla oczu medytującego lub jako święty przedmiot w świątyni. Jest ona zazwyczaj poświęcona jednemu bóstwu lub określonemu rodzajowi bóstw. Oprócz swojej funkcji jako obiekt medytacji mandale pełnią także funkcje relikwiarza, na którym medytujący składa przedmioty rytualne lub dary ofiarne, które podkreślają określony aspekt bóstwa, a czynności rytualne mają wywołać te boskie atrybuty.
Mandale tworzone w stanie medytacyjnego transu skierowane są głównie w nasze centra energetyczne zwane czakramami. Każdy czakram promieniuje swoim kolorem, ma swoje zadania i posiada odpowiednie cechy. Oddziałując na czakramy za pomocą mandali, można je harmonizować, oczyszczać, poprawiać ich funkcjonowanie oraz wzmacniać ich cechy. Otwarcie czakramów ma jednak charakter duchowy i mediumiczny. Nie są to rzeczy neutralne i bezpieczne pomimo faktu, że nastąpiła dziś tyleż powszechna, co nieuzasadniona “psychologizacja mandali” za sprawą gnostyka C.G. Junga. Z tej racji jest ona także rozpowszechniana w szkołach i przedstawiana dzieciom i rodzicom jako technika rzekomo neutralna, czysto psychologiczna.
Konkludując, muszę powiedzieć, że aktywny udział – do którego zachęcano w tej opisanej wyżej ceremonii religijno-kultycznej w Krakowie – miał charakter inicjacyjny. A wewnętrzne otwarcie – przyzwolenie na ten rytuał (do którego także wyraźnie zachęcano) i do tego publiczne w nim uczestnictwo było narażaniem się na grzech bałwochwalstwa, na działanie spirytystyczne (mediumiczne), a także mogło być narażaniem innych na zgorszenie (dawanie złego przykładu) oraz na inne niebezpieczeństwa duchowe.

wtorek, 2 października 2012

Kto rządzi światem: Illuminati, NWO, Bilderberg, CFR, ONZ, Rotszyldzi, Klub Rzymski cz. 1.

Stephen Hawking: „Największym wrogiem wiedzy nie jest ignorancja, jest nią złudzenie posiadania wiedzy”
Marszałek McLuhan: „Tylko małe tajemnice muszą być pilnowane, gdyż te największe są bezpieczne przez swoją niewiarygodność”
To co się działo w XX wieku, a o czym ludzie mogą nie wiedzieć,  jest związane z liniami rodowymi powiązanymi jeszcze ze starożytnym Egiptem. Wyjaśnia to też co się dzieje obecnie w świecie i kto nim rządzi. Wiedza ta może posłużyć do naprawienia tej sytuacji. Trudno jest jednak to wszystko zawrzeć w „pigułce”, samo wyjaśnienie jak daleko to sięga i jakie są na to dowody, zajęło by cały dzień. Można jednak omówić kilka wydarzeń dotyczących ostatnich 100 lat, a dokładniej 63-64 lat. 
Jeśli się zacznie robić dochodzenie na temat tego kto rządził globem przez ostatnich 4 tysięcy lat, a prawdopodobnie znacznie dłużej, wszędzie się natrafia na te linie rodowe. Były one w starożytnym Egipcie, były obecne w Europie jak w przypadku Merowingów. Trudno jest to wszystko samemu rozwikłać, jednak można się oprzeć na pracach licznych badaczy, takich jak np. Alex Jones, Richard Hogland, dr Deagle, David Icke, Michael Tsarion, Bill Cooper itd.
Nie potrzeba wybierać, który z nich ma rację, wystarczy tylko połączyć te informacje. Każdy z tych badaczy ma swoją specjalizację. Wartościowe informacje można też znaleźć w „dobrej” telewizji, są też badacze darmowej energii i ukrytych technologii, czy nawet tacy, którzy badają fenomen UFO. Są badacze tajnych stowarzyszeń, linii rodowych – jak się to ma do pogańskich rytuałów, astrologii i numerologii i jak się to ma do religii.

Aby wywnioskować jak działa świat, nie można badać tylko jednego fragmentu, tu potrzebna jest wiedza kompleksowa, która uwzględni wszystkie aspekty.
Zaczniemy od II wojny światowej, która była jednym wielkim przekrętem. Byla ona dziełem europejskich bankierów, przez w.w. linie rodowe. Hitler nie był tym „demonem” per se, był tylko marionetką, robił dokładnie to co mu kazano. Miał wyprany mózg, jak wszyscy. Był przygotowany do wykonania swojego zadania. Są też dowody na to, że był jednym z Rotszyldów. II wojna światowa została wywołana przez Rotszyldów, wyszła z kompanii takich jak IG Farben, Ford Motor, Averell Harriman, Standard Oil Rockefellera czy nawet IBM. Luftwaffe nie mogła by latać bez specjalnych dostaw od Standard Oil. Wszystko co się działao podczas II wojny światowej, cała ta maszyna nazistowska była połączona z pewnymi amerykańskimi i brytyjskimi korporacjami. Te korporacje i ci ludzie rządzili wojną. Prescott Bush był bankierem Adolfa Hitlera! To on kontrolował przepływ pieniędzy.
II wojna światowa była pułapką. Miała na celu wprowadzenie wszystkich w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Nie ma absolutnie żadnego dowodu na to, że Hitler został zlikwidowany. Powiedziano nam tylko to, że ciało, które znaleziono należało do Hitlera. Potwierdzono to rzekomymi badaniami dentystycznymi, ale czy ktoś z was widział, że to był Adolf Hitler? Nikt nie widział ciała.
Naziści badzo posunęli do przodu technologię podczas II wojny światowej. Joseph Farrell napisał niesamowitą książkę ”Brotherhood of the Bell” (Bratestwo Dzwonu), w której omawia m.in. tejne technologie nazistów. Można też wywnioskować gdzie te technologie się znalazły po wojnie.
Naziści nei przegrali wojny, oni tylko opuścili Niemcy. To właśnie naród niemiecki przegrał wojnę, a naziści się ukryli. Powszechnie jest wiadome, że naziści przenieśli się do Południowej Ameryki – z potężnymi środkami finansowymi, ze sprzętem i technologią. Operacja ta nazywała się „Paperclip” (Spinacz). 80 najważniejszych nazistów, a być może i więcej, zostało przewiezionych do Południowej Ameryki. Wtedy też w USA utworzono NASA – tajną kompanię rządową, która jest zarządzana przez tajny rząd, który działa za plecami rządu amerykańskiego. Tym tajnym prządem jest system finansowy – nazistów, własnie tych ludzi, którzy wywołali II wojnę światową.
Wojna była potężną operacją psy-op, która miała za zadanie utwierdzenie nas w przekonaniu, że zostaliśmy ocaleni przed tą straszną maszyną nazizmu.
To właśnie podczas II wojny testowano fluoryzowanie wody, robiono na ludziach eksperymenty kontroli umysłu i wiele innych strasznych badań. Były to beta-testy dominacji globalnej. Robiono to w taki sposób, byśmy myśleli, że celem jest nasze ocaleni przed tym strasznym zagrożeniem. A to właśnie oni byli tymi, którzy kontrolowali to „zagrożenie”.
Po II wojnie, w USA, poza NASA utworzono też CIA, NSA (National Security Agency), Organizację Narodów Zjednoczonych. Naziści kontrolowali obie strony wojny – zinfiltrowali brytyjską rodzinę królewską, rząd amerykański i rządzili Niemcami poprzez swoją marionetkę – Hitlera. Ci ludzie nadal posiadają władzę, a wojna się nadal toczy. Zaraz po wydawało by się zakończeniu wojny, rządy zaczęły nagle wzbogacać naszą dietę i wodę we fluor, twierdząc, że wzmacnia on zęby.  Na wielką skalę zaczęto przetwarzać żywność, wprowadzając do niej olbrzymią ilość toksyn, neurotoksyn, ciężkich metali. W rezultacie ludzie są otyli, utraciliśmy nasze umiejętności. W latach 50-tych niemal każdy miał swój ogródek, skąd były własne warzywa i owoce. Zabrano to nam, wpędzono do tych ogromnych miast, o wiele bardziej zagęszczonych niż to było np. 50 lat temu. Wtedy mieliśmy jeszcze swoje ogródki za płotem. Tego już nie ma, a  żwyność jest genetycznie modyfikowana.
Patentowanie nasion jest wrednie podstępne, kompanie takie jak Monsanto roszczą sobie prawo do posiadania każdej kukurydzy, każdego ziarnka grochu, marchewki na planecie. Jeśli chcesz uprawiać marchewkę czy coś innego to musisz od nich kupić nasiona, a te są genetycznie zmodyfikowane. Jedząc to sam się genetycznie modyfikujesz. Zwierzęta instykntownie to wyczuwają i np. koń nie zje genetycznei zmodyfikowanej kukurydzy.
Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego co się dzieje. Cała rasa ludzka jest genetycznie modyfikowana, masowo ogłupiana – tak jest przynajmniej we wszystkich krajach „zachodnich”. Nieważne czy ci się wydaje, że jesteś oświecony, że masz dużą wiedzę np. z telewizji – popatrz na swoje jedzenie. wszyscy jesteśmy ogłupieni. Spróbujcie przejść test na inteligencję sprzed kilkudziesięciu lat, to wtedy zobaczycie jak jesteście ogłupieni.
Naziści nie przegrali wojny, oni przejęli stery rządów i poddali całe społeczeństwa kontroli umysłu. Aby się o tym przekonać, wystarczy wyłączyć się z oglądania telewizji i po jakimś czasie przyjrzeć się temu co się dzieje na świecie. Od zakończenia wojny, mieliśmy 258 konflików międzynarodowych, rzekomo po to by chronić ludzi. Całe zachodnia cylizacja ma wyprane mózgi – przez telewizję, jasne światła, nadmiar lekarstw, seks, itd. Oni przejmują kontrolę nad całym światem, a dzieje się to od II wojny światowej, która rzekomo się zakończyła…
Byli i są ludzie, którzy ostrzegają po co jest to wszystko robione. Ich planem jest depopulacja. To właśnie się obecnie dzieje. Po to stworzono tę „pandemię” świńskiej grypy, straszenie, że miliony ludzi mogą umrzeć. Nie można wierzyć w obraz tych ludzi kreowanych na ekranach telewizji. Im chodzi o to by wbić nam w głowy, że śmierć czeka wiele ludzi, że jest to oczekiwane. Niezależnie od tego czy ta pandemia jest rzeczywista czy też jest to tylko beta test (okazło się, ze to ostatnie, przyp. M.P.), jest to spisek – pułapka. Należy pamiętać, że ci ludzie, którzy to promują, są tymi samymi, którzy kierowali imperium nazistowskim.
Czym jest Izrael? Jest wielkim centrum produkcji broni. Przez ostatnie 65 lat oszukiwano wszystkich, a to są przecież ci sami ludzie. To jest właśnie ten tajny rząd światowy – finansjerzy i naziści. To może brzmieć jak szaleństwo, ale jeśli się zacznie łączyć fakty, to wniosek jest jeden.
To co się dzieje w naszych społeczeństwa jest kreowaniem kultury donosicieli. Ludzie się obawiają siebie nawzajem, donosów do władzy. Dochodzi do tego, że się dobrowolnie przyłączają do wolontaryjnych oddziałów cywilnej policji, w ten sposób zabezpieczjają siębie. Takei osoby, gdy czują się mocna na swoich pozycjach, zaczynają wykorzystywać swoją władzę, przez wydawanie niewinnych ludzi, a nawet ich torturowanie – co możemy zaobserwować w wielu krajach. Ta kultura donosicieli jest dokładnie tym samym co Hitlerjugend. Tak więc dzieje siędokładnie to samo co w Niemczech nazistowskich, tyle że tym razem wprowadzane jest to na całym świecie. Jest to właśnie ten Nowy Porządek Świata – New World Order.
Hitler był tym, który otwarcie tego chciał. Wystarczy się zastanowić – przecież chciał zjednoczyć Europę i przejąć kontrolę nad światem. Europa właśnie się „zjednoczyła”, czy to się nam podoba czy też nie – przez Unię Europejską i wspólną walutę. Z Ameryki też słychać głosy, że należy wprowadzić tam ten sam model i by ściśle kooperować z Europą. A Obama w swoich wypowiedziach chce by Ameryka stała się bardziej „europejska”.  Oni chcą by Amerykanie czuli się na pozycji dobrych ludzi, którzy udzielają pomocy, podczas gdy się ich wciąga do Europy – i to bez żadnej wojny. To co się dzieje jest dokładnie tym co planował Hitler – by zjednoczyć Europę i podbić cały świat.
Zauważmy, że linia rodowa brytyjskiej Królowej – Saxe-Coburg-Gotha, jest linią germańską. To są ci sami ludzie. Udało im się zunifikować Europę przez ten sam system monetarny, a teraz przez jego kontrolę, próbują wciągnąć weń Amerykę. Jest to wyraźnie widoczne – to jest ten rząd światowy, rządzony przez hitlerowsko – nazistowsą grupę ludzi.
Obie wojny były oszustwem. Piersza wojna była przejęciem korporacyjnym Niemiec. Rodzina niemiecka przeniosła się do Anglii, gdzie rzekomo się pokłóciła z kuzynowstwem i zagroziła przejęciem kraju czy też połączeniem obu. Efektem było przejęcie Niemiec przez brytyjski odłam rodu. Nazywamy to I Wojną Światową. Wielka Brytania i Niemcy nigdy nie były wrogami, przynajmniej linie rodowe w nich rządzące. Niemcy zostały wykorzystane do przeprowadzenia beta-testu by sprawdzić jak te eksperymenty kontroli umysłu działają. To właśnie po to były obozy śmierci. To właśnie dlatego przeprowadzano te straszne eksperymenty na ludziach.
Żydów wymordowano po to by uzyskać dla nich litość, by móc przejąć Izrael. Jest on praktycznie prywatnym krajem Rotszyldów, jest to wielkie centrum projektowania i produkcji broni dla Rotszyldów. Eksperymentuje się tam z wszelkimi broniami biologicznymi, bez żadnego nadzoru zewnętrznego, gdyż przecież nie można nic złego mówić o Izraelu, gdyż będzie się „antysemitą”. A to wszystko jest przeporwadzane przez ludzi z tych linii rodowych, a wina jest zrzucana na „żydów”. Mówi się, że „żydzi to ukrywają”, że „liczba ofiar została przez nich zawyżona”, mówi się, że „wszystkiemu winni żydzi”. Należy się jednak przyjrzeć szerszemu obrazowi – kto tym wszystkim rządzi. Kto rządzi Izraelem, kto kierował II wojną światową, kto zarządza amerykańskim i brytyjskim systemem finansowym? To są dynastie bankierskie, to są właśnie ci Illuminati, to jest właśnie realizacja planów Illuminati.
II wojna światowa była ustawiona po to by sprawdzić jak to wszystko działa.
  • Na podst:  who runs the world, illumnati, NWO, bilderbergs, cfr, united nations, rothschild, club of rome
    http://www.youtube.com/watch?v=zuEaNLXuAY4

poniedziałek, 1 października 2012

Tajemnica pieniądza: emisja, kreacja, kradzież


Pieniądz mógłby być błogosławieństwem, gdyby wszyscy ludzie go rozumieli i potrafili używać. Dziś niestety, służy głównie do masowego okradania ludzi - całych społeczeństw – przez „świat wielkich finansów”, ponieważ nie rozumiemy jak działa pieniądz.

Pieniądz (zwłaszcza współczesny: fiducjarny!) jest genialnym wynalazkiem dającym ludziom nieograniczone możliwości gospodarowania owocami swojej pracy, z których dzisiaj już nawet nie zdajemy sobie sprawy, nie zastanawiając się nawet nad istotą pieniądza.

Wystarcza nam „wiedza”, że im mamy więcej pieniędzy tym dla nas lepiej, tym jesteśmy bogatsi. Pieniądze są dla nas synonimem i symbolem bogactwa. A to jest bardzo niebezpieczne i zgubne dla nas skojarzenie, jeśli się nie rozumie istoty pieniądza. (podkreślam: pieniądza! - a nie, pieniędzy!)

Bo po pierwsze: owszem, pieniądze są symbolem bogactwa – ale nie są jego synonimem wbrew pozorom - pieniądze nie są bogactwem.
Pieniądze to tylko UMOWNY symbol bogactwa, ułatwiający jego wymianę - ale prawdziwym bogactwem jest wszystko to, co za pieniądze chcemy sobie kupić, co dzięki pieniądzom możemy mieć (ubrania, filmy, muzyka, jedzenie, smartphone, samochód, impreza z przyjaciółmi, wypad do knajpy, wycieczka wakacyjna, itp. itd.)
To co nabywamy za pieniądze ma dla nas prawdziwą wartość, w przeciwieństwie do pieniędzy, które mają tylko wartość umowną. (to samo 100zł może być warte mniej lub więcej, w zależności od poziomu cen - od tego, czy przykładowo benzyna jest po 3zł za litr, czy po 5,80zł)
I ta umowna wartość pieniądza (zmienna w czasie!) - to jego tzw. siła nabywcza.

A po drugie: owszem, im MY mamy więcej pieniędzy tym dla nas lepiej (bo możemy więcej sobie za nie kupić), patrząc z perspektywy każdego z nas – ale to NIE ZNACZY, że im więcej pieniądza w gospodarce (im większa podaż pieniądza), tym lepiej dla gospodarki. Właśnie dlatego, że pieniądz ma wartość tylko umowną, zmienną – w odniesieniu do tego, co można za niego kupić, do ilości dostępnego za pieniądze bogactwa.

Zmiana ilości pieniądza w gospodarce to jedynie zmiana przelicznika cen. To wszystko. Niczego to nie zmienia.

I mieliśmy już takie przypadki w praktyce. Niektórzy pewnie pamiętają tzw. denominację, przeprowadzoną w Polsce w 1996 roku. Zmniejszono wówczas ilość pieniądza 10 000 razy (dziesięć tysięcy razy!) - i nic się od tego nie zmieniło – poza przelicznikiem wszystkich cen, łącznie z zarobkami.

Przypomnę, że z każdych 10 000 zł została wówczas 1 złotówka. Przed denominacją zarabialiśmy dziesiątki milionów zł a czekolada kosztowała kilkadziesiąt tysięcy zł – a po denominacji zarabialiśmy w tysiącach zł a czekolada kosztowała tylko kilka zł.
10 000 razy zmniejszyła się ilość pieniądza w gospodarce – i jedynym skutkiem była prosta zmiana przelicznika wszystkich cen i zarobków. Nic się nie zmieniło.

I dokładnie taką samą operację można przeprowadzić w drugą stronę, zwiększając ilość pieniądza w gospodarce o dowolną wielkość – i też nic się od tego nie zmieni – poza przelicznikiem cen.


Wróćmy zatem do genialnego wynalazku jakim jest pieniądz – żeby w pełni go zrozumieć i dostrzec ogromne możliwości jakie ten wynalazek daje ludziom.


Pieniądz – genialny wynalazek

Pieniądz jest genialnym wynalazkiem, ponieważ umożliwia ludziom swobodną wymianę owoców swojej pracy (towarów, usług) oraz pozwala odkładać owoce naszej pracy na później – czyli gromadzić zapasy, oszczędności. A zaoszczędzone (nieskonsumowane jeszcze towary i dobra) to podstawa gospodarki i jakiegokolwiek rozwoju.

Bez pieniądza niemożliwe byłoby ani jedno – ani drugie – w tak dużej społeczności jak państwo, czy nawet miasto.

Ludzie ZA POMOCĄ pieniądza wymieniają się tak naprawdę owocami swojej pracy czyli towarami i usługami – ale gdyby pieniądz nie istniał musieliby się wymieniać BEZPOŚREDNIO. Tzn. np. stolarz, żeby zdobyć telefon komórkowy, musiałby znaleźć kogoś kto sprzedaje telefony i jednocześnie potrzebuje mebli – żeby zechciał się z nim wymienić. Ale to jeszcze pół biedy – bo jak wyliczyć wartość telefonu w meblach, nawet jeśli znalazłby taką osobę? Jeden telefon wart jest 3 krzesła, czy pół szafy z rozsuwanymi drzwiami?

Mam nadzieję, że jest to oczywiste – jak bardzo pieniądz ułatwia nam wymianę i wzajemne rozliczanie owoców naszej pracy.


W tym miejscu warto podkreślić, że ilość pieniądza w gospodarce nie ma znaczenia – tzn. powyżej pewnej minimalnej ilości umożliwiającej rozliczenie dowolnej wymiany – wzrost ilości pieniądza nie ma żadnego znaczenia dla gospodarki – powoduje jedynie zmianą przelicznika cen, o czym pisałem już wyżej.
Obrazowo możemy powiedzieć, że minimalna ilość pieniądza to taka, żeby najtańszy możliwy produkt kosztował więcej niż najmniejsza jednostka rozliczeniowa. Jeśli najtańsza rzecz w Polsce kosztuje więcej niż 1 grosz – to z pewnością pieniądza w obiegu jest wystarczająca ilość.

Bo pieniądz służy tylko do UŁATWENIA nam wymiany prawdziwego bogactwa – czyli owoców naszej pracy. Pieniądz to NIE JEST bogactwo – tylko umowny jego symbol, ułatwiający wymianę. Z niezrozumienia tego faktu, wynika popularny błąd – bo wielu ludzi ma takie mylne wrażenie, że nie jesteśmy w stanie posiadać więcej pieniędzy, niż wynika z podziału jego całkowitej ilości na wszystkich ludzi. Czyli, że w jakiś sposób ilość pieniądza w gospodarce ogranicza naszą możliwość bogacenia się.

A to jest NIEPRAWDA. To jeden z największych i najbardziej szkodliwych – bo nieprawdziwych – stereotypów na temat pieniądza.

Otóż wzbogacić się – jako społeczeństwo – czyli zwiększyć ilość dostępnego dla nas bogactwa możemy TYLKO i WYŁĄCZNIE ludzką pracą. I ilość pieniądza w gospodarce nie ma tu żadnego znaczenia.

Podam bardzo obrazowy przykład tego, co chcę powiedzieć – czyli, że dowolną ilością pieniądza w obiegu jesteśmy w stanie rozliczyć dużo większe bogactwo.

Załóżmy, Drogi Czytelniku, że ja dostarczam Ci internet, za 100zł miesięcznie – a Ty z kolei opiekujesz się moimi dziećmi raz w miesiącu – też za 100zł. Ty mi płacisz 1szego każdego miesiąca 100zł abonamentu za internet, a ja Ci płacę tym samym banknotem za opiekę nad dziećmi w pierwszy weekend miesiąca. I tak co miesiąc. Jedne jedyne 100zł w obiegu – a przez rok ja zarobię 1200zł – i Ty też zarobisz 1200zł (które oczywiście w ciągu roku wydamy na swoje potrzeby – ja na opiekę nad dziećmi – Ty na internet)

Mało tego, możemy zwiększyć swoje bogactwo, więcej pracując – i również rozliczymy je tą samą stówą. Np. oprócz internetu, mogę Ci dostarczać tv i telefon za 100zł miesięcznie (płatne 15tego), a Ty mi możesz sprzedawać benzynę do samochodu, powiedzmy, że tankuję u Ciebie za 100zł na koniec każdego miesiąca.

Jedna stówa w obiegu, Ty mi nią płacisz za internet 1szego, ja Ci ją oddaję za opiekę nad dziećmi w pierwszy weekend miesiąca, Ty mi ją oddajesz w połowie miesiąca za tv i telefon, a ja na koniec miesiąca oddaję Ci ją za paliwo.

Teraz każdy z nas zarabia i wydaje na swoje potrzeby po 2400zł – jesteśmy dwa razy bogatsi i mamy dwa razy więcej (nie dość, że internet to jeszcze tv i telefon – nie dość, że opiekę nad dziećmi to jeszcze paliwo do samochodu) – a w obiegu ciągle jedne jedyne 100zł, dzięki któremu WYMIENIAMY się wypracowywanym wzajemnie bogactwem.

W praktyce taka BEZPOŚREDNIA wymiana między dwoma osobami może zachodzić nawet w ogóle bez użycia pieniędzy – ale pieniądz umożliwia nam właśnie wymianę pośrednią między wieloma osobami - ZA POŚREDNICTWEM pieniądza – ja mogę sprzedawać internet komuś innemu, i za pomocą pieniądza, rozliczyć się z Tobą za opiekę nad dziećmi.

Ale ważne jest co innego – że ograniczona ilość pieniądza w obiegu, w gospodarce - w żaden sposób nie ogranicza naszego bogactwa!

(Wystarczy zauważyć w praktyce, że np. obecnie podaż pieniądza (jego dostępna ilość) wynosi coś ok 860 mld zł, a PKB Polski wynosi w tym samym czasie ok 1500 mld zł – żeby uzmysłowić sobie, że ilość pieniądza w gospodarce nie jest ograniczeniem naszego bogactwa.)

Jak wspomniałem, pieniądz umożliwia nam również gromadzenie owoców naszej pracy – czyli oszczędzanie. Piekarz nie musi się martwić jak przechować zaoszczędzony chleb, żeby miał za co żyć na stare lata – tylko wymienia chleb na pieniądze – i gromadzi oszczędności w pieniądzach.

W ten sposób, może przeznaczyć lata kiedy jest najbardziej prężny na gromadzenie oszczędności na starość, wtedy kiedy już nie będzie na siłach pracować. Pieniądz pozwala mu skumulować wypracowane dziś bogactwo – i użyć go wtedy kiedy tego będzie potrzebował, bez ograniczeń czasowych.

Genialność wynalazku jakim jest pieniądz nie ogranicza się jednak tylko do samej możliwości gromadzenia i przechowywania spieniężonych owoców naszej pracy – ale i do dowolnego dysponowania tymi oszczędnościami, a tym samym do jak najefektywniejszego wykorzystania ludzkiej pracy, którą można dowolnie kumulować w postaci zaoszczędzonego pieniądza.

Zaoszczędzone pieniądze bowiem nie muszą leżeć w szufladzie i gnić – mogą nadal krążyć w obiegu, usprawniając gospodarkę – BEZ USZCZUPLANIA naszych oszczędności.
Mogę pożyczyć komuś swoje oszczędności na 2 lata – i po 2 latach dostanę je z powrotem – a w tym czasie moje oszczędności umożliwią komuś zwiększenie efektywności pracy (inwestycję) czyli ROZWÓJ GOSPODARCZY.

I tak jak w przykładzie powyżej – oprocentowanie pożyczki wcale nie oznacza, że pieniądza w gospodarce zabraknie „bo zjedzą go odsetki” - ponieważ jedną stówą w obiegu mogę spłacić dowolny dług (w granicach rozsądku oczywiście) wraz z odsetkami.
Przecież w poprzednim przykładzie, zamiast za opiekę nad dziećmi, mogę Ci Drogi Czytelniku płacić miesięcznie 100zł jako ratę pożyczki (np. 90zł rata + 10zł odsetek). Tym samym po roku, jednym 100zł banknotem w obiegu spłacę Ci 1200zł (np. 1180zł pożyczki + 120zł odsetek)

Powtórzę w tym miejscu rzecz najważniejszą: pieniądz to nie bogactwo – tylko umowny symbol ułatwiający WYMIANĘ i gromadzenie bogactwa, które WYPRACOWUJEMY - i ograniczona ilość pieniądza w gospodarce w żaden sposób NIE OGRANICZA możliwości naszego bogacenia się czyli rosnącej ilości dostępnych rzeczy, które możemy za te same pieniądze kupić.


Pieniądz – doskonałe narzędzie zbrodni
Z tych samych powodów, tzn. ponieważ pieniądz to tylko umowny symbol bogactwa, a prawdziwym bogactwem jest dopiero to, co za pieniądze możemy kupić (czyli towary i usługi) – pieniądz może też być doskonałym narzędziem zbrodni, służącym do masowego okradania ludzi bez użycia siły ani nawet bez ich wiedzy.

Wystarczy po prostu wydrukować więcej pieniędzy – aby zmienić proporcje posiadanej siły nabywczej w całej gospodarce. Tym sposobem ten kto dodrukował pieniędzy staje się bogatszy, a wszyscy inni stają się biedniejsi, bo siła nabywcza ich pieniędzy ulega zmniejszeniu.

Każde bowiem zwiększenie ilości pieniądza w gospodarce – np. emisja gotówki bądź kreacja pieniądza bezgotówkowego przez system bankowy – oznacza ODEBRANIE siły nabywczej naszych pieniędzy, która to siła nabywcza pojawiła się w postaci świeżo wyemitowanej (lub wykreowanej) kwoty w rękach tego, kto stworzył nowy pieniądz, zwiększając jego ilość (zwiększając tzw. podaż pieniądza).

„Doskonałość” tego narzędzia zbrodni - tej metody kradzieży - polega na tym, że po pierwsze nie można się przed nią obronić – bo nie ma żadnego fizycznego, bezpośredniego ani nawet pośredniego kontaktu ofiar ze złodziejem. Jest to kradzież „zdalna” - jeśli można tak powiedzieć.
Po drugie występuje tu efekt skali, czyli skutki kradzieży „rozdzielają się” na całe społeczeństwo – mówiąc obrazowo jeśli ukradł bym Wam 1 milion złotych (dodrukowując sobie te pieniądze) to nawet byście tego nie zauważyli, bo to oznacza, że średnio każdego Polaka okradłbym na mniej niż 3 grosze – więc kradzież tą metodą jest praktycznie „niewidzialna” - pewnie dlatego jest tak dziś popularna.

Niezależnie od tego, kto zwiększa ilość pieniądza i w jaki sposób – jest to zawsze ODEBRANIE siły nabywczej (pieniędzy) całemu społeczeństwu, czyli wszystkim innym użytkownikom pieniądza.

I są tylko dwie możliwości:
Jeśli nasze pieniądze są nam odbierane wbrew naszej woli przez państwo – to mamy do czynienia z podatkiem.
A jeśli nasze pieniądze są nam odbierane wbrew naszej woli przez kogokolwiek innego – to mamy do czynienia z kradzieżą.

Pisząc we wstępie, że pieniądz mógłby być błogosławieństwem – gdybyśmy go wszyscy rozumieli i potrafili używać – miałem na myśli to, że nie powinniśmy pozwalać, aby był używany tak jak dzisiaj jako narzędzie zbrodni do okradania całych społeczeństw przez świat wielkich finansów.

Pieniądz byłby błogosławieństwem, gdyby istniał całkowity zakaz zwiększania jego ilości przez inne podmioty niż Skarb Państwa – oraz każda emisja pieniądza przez Skarb Państwa powodowałaby obniżenie pozostałych podatków w danym roku – o kwotę emisji, (która trafiałaby do budżetu ZAMIAST części podatków, pozwalając na ich obniżenie)


Niewidzialne pieniądze czyli semi-waluty

W tym miejscu wypada jeszcze dodać, że oprócz systemu bankowego, który dziś legalnie kreuje pieniądz bezgotówkowy (zwiększa podaż pieniądza) okradając nas wszystkich z siły nabywczej naszych pieniędzy – a tym samym powodując ubożenie całego społeczeństwa – w gospodarce występuje dziś jeszcze inny rodzaj pieniądza, który jest „niewidzialny” - tzn. nikt nie podejrzewa, że ma do czynienia de facto z pieniądzem. Teoria dotycząca tych „niewidzialnych pieniędzy” jest bowiem tak silnie zakorzeniona w naszych umysłach, że zupełnie nie zauważamy tego, czym są w praktyce.

Otóż czym się różni (w praktyce, nie w teorii!) pieniądz od każdego innego towaru (czy usługi)? Co sprawia, że akurat papierek z napisem 100zł, lub 100 dolarów jest pieniądzem – a papier śniadaniowy jest towarem?

Na każdy, dowolny towar musimy znaleźć kupca – a na pieniądze nie, bo pieniądze w każdej chwili możemy wymienić na dowolny inny towar.
Pieniądzem jest to, co możemy w każdej chwili wymienić, bez potrzeby szukania kupca.

Banknot 100 dolarowy jest w Polsce pieniądzem, bo w każdej chwili możemy go wymienić po aktualnym kursie na złotówki, a tym samym na dowolną inną rzecz (dowolny towar).

Gdyby istniał bank, który wymienia zielone liście na złotówki – to wszyscy chodzilibyśmy po drzewach szukając tam pieniędzy!

I takimi samymi pieniądzmi (a nazywam je semi-walutami) są w praktyce wszystkie „instrumenty finansowe” notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych. Jest tak dlatego, ponieważ mechanizm giełdowy polega na wyznaczaniu tzw. kursu instrumentów finansowych – a to sprawia, że w każdej chwili można je wymienić na złotówki „po aktualnym kursie” właśnie – a tym samym na dowolny inny towar.

Istnienie i wyznaczanie czegoś takiego jak kurs – nadaje „instrumentom finansowym” cechę pieniądza – a tym samym emisja dowolnych „instrumentów finansowych” notowanych na GPW – jest de facto emisją pieniądza – czyli jak już wiemy, doskonałym narzędziem okradania ludzi z siły nabywczej ich pieniędzy.

Tak więc wspomniany wcześniej całkowity zakaz zwiększania ilości pieniądza – aby być skutecznym, musi oznaczać również likwidację mechanizmu giełdowego – czyli zakaz wyznaczania kursu (zakaz notowań) „instrumentów finansowych”.

Chciałbym być dobrze zrozumianym – bo wiem już z doświadczenia, że ten temat budzi wiele nieporozumień i kontrowersji: Giełda może istnieć, firmy mogą emitować akcje, ludzie mogą nimi handlować – chodzi tylko o zakaz wyznaczania kursu, aby odebrać „instrumentom finansowym” cechę pieniądza.

Jak to ujął ostatnio jeden z komentatorów – pytając czy dobrze mnie zrozumiał:

> jeżeli GPW przestała by wyznaczać kursy akcji (...)
> problem byłby rozwiązany - kursu nie ma i jest normalny handel
> poszczególnymi instrumentami.


Tak, ta osoba dobrze mnie zrozumiała.
Brak kursu wymiany odbiera "instrumentom finansowym" cechę pieniądza.


Podsumowanie.

Pieniądz jest genialnym wynalazkiem, którego nie w pełni rozumiemy i dlatego pozwalamy używać go przeciwko sobie, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Głosujemy na i popieramy ludzi, którzy stworzyli i ochraniają system (całe państwo), w którym możliwa jestLEGALNA KREACJA PIENIĄDZA (zarówno poprzez system bankowy jak i mechanizm giełdowy czyli tzw. „rynki finansowe”) -czyli legalne, masowe, okradanie ludzi poprzez odbieranie im siły nabywczej ich pieniędzy.
Praktycznym tego skutkiem jest ciągłe UBOŻENIE nas wszystkich, całego społeczeństwa na rzecz tych, którzy pieniądz kreują – czyli świata wielkich finansów. Jedni się bogacą – a cała reszta popada w biedę i długi – tak to właśnie działa.

Autor: Freedom | Źródło: Nowyekran.pl