wtorek, 13 listopada 2012

Matka Boża lubi prawych wojowników


Otwierające bieżący tydzień święto Matki Bożej Różańcowej – ustanowione, jak wszyscy doskonale pamiętamy na pamiątkę zwycięskiej bitwy pod Lepanto – skłania do zastanowienia, dlaczego nasza Pani wspiera tylko niektóre z naszych militarnych poczynań, a inne już nie, choćby nawet zdawały się nosić znamiona słusznej sprawy.



Już dziewięć wieków temu św. Bernard z Clairvaux zauważył, że nigdy nie słyszano, aby Najświętsza Panna Maryja opuściła tego, kto się do Niej ucieka, Jej pomocy przyzywa, Ją o przyczynę prosi. Historia Kościoła w pełni potwierdza tę obserwację Doktora Miodopłynnego, i to z dodatkową, można powiedzieć, klauzulą, że Matka Boża najbardziej upodobała sobie ludzi mężnych.

Niejednokrotnie wspomagała Najświętsza Hetmanka wojska katolickie przeciwko wrogom prawdziwej wiary – ale nigdy samo męstwo nie wystarczało do uzyskania Jej pomocy. Bo cóż po męstwie, jeśli brakuje mu prawości? Boleśnie przekonali się o tym zakonni rycerze domu niemieckiego na grunwaldzkim polu AD 1410 – choć w miano swe wpisali imię Najświętszej Pani, ta odwróciła od nich łaskawe spojrzenie, bo wiedzeni ciasnym nacjonalizmem i zwykłą przyziemną chciwością, epatując krzyżem na płaszczach wyrzucili go ze swych serc, zdradzili własną misję i sprzeniewierzyli chrześcijańskie zasady średniowiecza.
Nie wystarczy nosić wizerunków Maryi na sztandarach – trzeba jeszcze żyć zgodnie z Jej wezwaniem z Kany Galilejskiej: Czyńcie wszystko, cokolwiek [mój Syn] wam powie (J 2, 5). Dlatego nie uzyskali Jej wsparcia konfederaci barscy – nie byli wszak rycerzami bez skazy.
A czy byli nimi zwycięzcy spod Lepanto? Owszem – takimi właśnie jawią się dwaj główni architekci tej wspaniałej wiktorii: dwudziestoczteroletni młodzieniec (Don Juan de Austria) i sześćdziesięciosiedmioletni starzec (św. Pius V). Zwłaszcza ten ostatni łączył w swej duszy przymioty ascety i wojownika. Zaciekle walczył z niemoralnością renesansowego Rzymu, z trapiącym Wieczne Miasto bandytyzmem, z korupcją urzędników Państwa Kościelnego, z ludzką biedą i niedolą. A przy tym musiał stawić czoło rozdzierającej Europę herezji i nieubłaganie prącym na zachód wojskom półksiężyca. Zwyciężył na wszystkich polach prócz jednego – wytężoną pracę nad przywróceniem Anglii na łono Kościoła katolickiego przerwała śmierć.
Kiedy pod Lepanto gwizdały kule i krzyżowały się miecze, stary papież na klęczkach z różańcem w dłoni niestrudzenie szturmował Wieżę z Kości Słoniowej błaganiem o nadprzyrodzone wsparcie dla hiszpańskiego infanta, by ten okazał się godny pokładanych w nim nadziei.
A młody książę dowiódł swej prawości wydając rozkaz dziwny i do dziś opacznie interpretowany. Nakazał bowiem odczepić od okrętów chrześcijańskich tarany. Na pozór bezsensowne to posunięcie, ba, można by uznać, że wręcz samobójcze – pozbywać się najgroźniejszej broni tuż przed walną bitwą, i to w obliczu przeważających sił wroga. Rozmaicie też do dziś tłumaczy się decyzję młodego księcia: a to, że chciał uczynić swe jednostki lżejszymi, a przez to bardziej sterownymi i zwrotnymi; a to, że chciał sobie ułatwić ostrzał artyleryjski (sic!). Tymczasem wyjaśnienie jest proste – pod pokładami tureckich galer znajdowało się kilkanaście tysięcy przykutych do wioseł chrześcijańskich niewolników, którzy nieuchronnie poszliby na dno wraz z przeszytymi taranem okrętami. Głównodowodzący flotą Świętej Ligi nie chciał kupować zwycięstwa za cenę ich życia.
To właśnie Najświętsza Hetmanka ceni najbardziej – zaledwie Don Juan wydawszy ów rozkaz zdążył na małej łódce przepłynąć przed linią swych okrętów niosąc ich załogom słowa otuchy, rozpętała się gwałtowna burza siejąc zamieszanie i chaos w tureckich szeregach…
Tę samą prawość dostrzegła Matka Boża w polskim królu Janie III Sobieskim, który wbrew doraźnemu interesowi politycznemu i okazji poważnego osłabienie politycznego rywala postanowił ratować Wiedeń wiedząc, że stanowi on bramę do Rzymu, gdzie Kara Mustafa nie zawaha się zbezcześcić Bazyliki Świętego Piotra końskim łajnem.
Tę samą nieustraszoność dostrzegła Najświętsza Panienka w nuncjuszu apostolskim w Warszawie, Achille Rattim, który jako jeden z dwóch dyplomatów nie opuścił w sierpniu 1920 roku miasta zagrożonego bolszewicką inwazją, lecz włączył się w powszechną modlitwę Polaków błagających swą Królową o ratunek. Takiego sternika potrzebował Kościół w starciu z totalitaryzmami. Tam więc, w przepełnionej trwogą stolicy Polski, Królowa Korony Polskiej włożyła na głowę świeżo upieczonego biskupa papieską tiarę. Zebrane osiemnaście miesięcy później konklawe potwierdzi zgodność Jej pragnienia z planem Bożej Opatrzności.
A potem, dokładnie w dzień swego wniebowzięcia, Królowa Korony Polskiej wydała walną bitwę szatańskiemu bolszewizmowi i jak to zostało przepowiedziane u zarania świata, po raz kolejny skruszyła łeb smokowi. Jak pod Lepanto i pod Wiedniem Najświętsza Hetmanka stanęła na czele hufców rycerstwa bez skazy.
Wtedy bowiem jeszcze tacy byliśmy – mężni, wierni i prawi. A tylko takich wojowników Maryja lubi i chętnie wspiera.


Za: http://marucha.wordpress.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz