środa, 3 października 2012

Refleksje po tynieckim spotkaniu z buddystami.


Po niedawnej wizycie Dalajlamy w Polsce obecnie mnisi tybetańscy kontynuują jego polityczną i religijną misję, wożąc wszędzie jego portrety oraz inne ikony buddyjskiego kultu w wielu miastach Polski i organizując wykłady, ale też tańce rytualne, a także – co najważniejsze – rytualne ceremonie tworzenia oraz niszczenia tzw. mandali, co jest pradawnym buddyjskim rytuałem religijnym.
W Krakowie, dokładnie w Środę Popielcową, w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej “Manggha” mnisi buddyjscy rozpoczęli tworzenie mandali z kolorowego piasku w kształcie koła (która sama w sobie jest techniką duchową otwierającą czakramy), czemu towarzyszyły tańce rytualne. Rytualne zniszczenie mandali, które jest typową dla buddystów ceremonią inicjacyjną, miało miejsce w niedzielę, 1 marca br., o godz. 15.00, kiedy to pośród odmawianych mantr skierowanych ku “obcym bogom” wysypano mandaliczny piasek do Wisły. I chociaż oficjalnie powiedziano, że chodzi tu o symboliczny akt, który miał ściągnąć na miasto Kraków szczególne błogosławieństwo pokoju, harmonii i “energii pozytywnej” (użyto tego wyrażenia, a więc nie chodziło o czysto kulturowy symbolizm), to jednak ceremonia ta do złudzenia przypominała poświęcenie całego naszego kraju bóstwom buddyjskim, do których mnisi zwracają się bezpośrednio, tworząc mandale czy recytując mantry, i których rytualne posążki oraz obrazy towarzyszą im w pracy.
Ceremonie tworzenia i niszczenia mandali odbywają się w wielu miastach – jest to przedsięwzięcie “duchowe”, zakrojone na szerszą skalę, przeprowadzane dyskretnie i planowo pod szyldem propagowania kultury Tybetu, któremu zresztą życzymy jak najlepiej w wymiarze politycznym i społecznym.

Sztuka czy rytuał? Inicjacje pod hasłem kultury i estetyki
Pięciu tybetańskich mnichów z najbardziej znanego tamtejszego klasztoru Ganden pod koniec lutego spędziło kilka dni w klasztorze Benedyktynów w Tyńcu. Ze względu na sytuację polityczną musieli opuścić Tybet i zamieszkać w Indiach. Do Krakowa przyjechali w ramach projektu “Czas na Tybet”, którego pomysłodawcami są Justyna Jan-Krukowska i niemiecki buddysta dr Gendun Yonten. Oficjalnie chodziło tu o wymianę kulturalną, obronę praw człowieka i pomoc tybetańskim dzieciom. Jak zobaczymy dalej, nie chodziło jednak tylko o wymiary kulturowe, ale też kultyczne, nie tylko o wymiary artystyczne, ale i inicjacyjne.
Okazuje się bowiem, że organizatorka imprezy – Justyna Jan-Krukowska, zaproponowała własną wizję sztuki o charakterze rytualnym, którą “rozwiesiła” na terenie benedyktyńskiego klasztoru. Jak informuje na swoich stronach internetowych, “w roku 1995 Ryszard Nieoczym zaproponował mi udział w swoim projekcie badawczym ‘Ritual & Healing. Women’s Rituals’ (Rytuał i uzdrawianie. Kobiece rytuały)”. Pisze też dalej, że “w procesie pracy uczyłyśmy się m. in.: jak odtwarzać, a następnie przezwyciężać w ciele fałszywą dychotomię ciała i umysłu [w antropologii chrześcijańskiej istnieje ZASADNICZA różnica pomiędzy ciałem a duszą, nazwana tu umysłem - A.P.], jak pracować z ciałem jako wyobrażeniem (image), jak ożywiać świat wokół nas – zwłaszcza świat przedmiotów, jak odradzać duchową łączność z żywiołami: ziemią, wodą, ogniem i powietrzem”. Pisze też, że jej mistrz – Ryszard Nieoczym, “definiował duszę nie jako ‘obiekt’, lecz jako aktywną funkcję wyobraźni”.
Tak radykalnie pojęty prymat wyobraźni jest typowy dla antropologii ezoterycznej, której apogeum widzimy w New Age, szczególnie w praktykach tzw. wizualizacji. Po przebadaniu treści tej twórczości od strony filozoficzno-teologicznej wyrażonej na stronach internetowych sądzę, iż Justyna Jan-Krukowska eksponuje naturalistycznie (nie integralnie!) sprawę cielesności i seksualności (myślę, że chodzi tu także o seks rytualny) oraz ideologię swoistego pogańskiego feminizmu.
Nieprzypadkowo więc jej twórczość przez wielu może być odebrana jako profanacja. Jest to bliskie ideologii New Age czy wiccanizmu (feministyczna ideologia czarownictwa), wydaje się nie mieć nic wspólnego z chrześcijaństwem. Wystawianie dzieł Justyny Jan-Krukowskiej w tynieckim klasztorze było więc całkowicie pozbawione sensu i narażało zarówno zakonników, jak i wiernych na duchowy zamęt i zgorszenie. Nikt jednak wcześniej nie zbadał tej ideologii oraz faktu, że cele autorki nie są chrześcijańskie, a związane raczej z propagowaniem kultury orientalnej, rytuałów pogańskich i kosmicznej pseudomistyki typu New Age.
W swojej twórczości Justyna Jan-Krukowska ponadto reklamuje jako superartystę kontrowersyjnego reżysera teatralnego Jerzego Grotowskiego. Jest bowiem uczennicą Ryszarda Nieoczyma, który przeszedł u Grotowskiego inicjację jako stażysta Teatru Laboratorium. “Stażowanie u Grotowskiego było żyzną glebą, z której wyrosła jego twórczość i w dużej mierze filozofia życiowa. Ryszard Nieoczym okazał się – moim zdaniem – prawdziwym uczniem swego mistrza”. Stąd właśnie Krukowska, podobnie jak Grotowski czy Nieoczym, eksperymentuje z rytuałami pogańskimi i propaguje je z każdej strony. Uważam, że jest to niebezpieczne z punktu widzenia chrześcijańskiej duchowości i zasad rozeznawania duchowego.
Sam Grotowski odwoływał się do szamanizmu, pogaństwa, buddyzmu i brutalnie eksperymentował na ludziach. Niektórzy aktorzy zostali kompletnie zniszczeni, niektórzy popełnili samobójstwo (S. Ścierski). Potępił te eksperymenty i wykorzystywanie ludzi nawet znany gnostyk Jerzy Prokopiuk – co słyszałem osobiście od niego – porównując Grotowskiego do Gurdżijewa, znanego gnostyka i okultysty, cenionego w New Age. Grotowski stosował też praktyki jednoznacznie bluźniercze, jak np. w spektaklu “Apokalypsis cum figuris”. W 1976 roku w imieniu Episkopatu ks. bp Bronisław Dąbrowski domagał się zdjęcia tego spektaklu z afisza, zaś ks. kard. Stefan Wyszyński w słynnej homilii w krakowskim kościele Na Skałce nazwał przedstawienie Grotowskiego “prawdziwym świństwem”. Była to więc pośrednio – poprzez klasztor tyniecki – reklama kontrowersyjnej ideologii Jerzego Grotowskiego, co też należy uznać za duży i niebezpieczny błąd.
Polityka czy kult? Pomiędzy rytuałami a duchami i bogami
Dalajlama podróżuje i przedstawia się jako polityk, będąc jednocześnie głową teokratycznego państwa, gdzie polityka i religia są w nierozdzielnej jedności. To sprzyja niebezpiecznemu pomieszaniu pojęć oraz propagowaniu buddyjskiej religijności, często o charakterze magicznym i spirytystycznym, za parawanem, a właściwie na wózku politycznej walki o wolność.
Tymczasem Dalajlama XIV, czyli jak uważają buddyści, czternaste wcielenie duchowego przywódcy ortodoksyjnego buddyzmu tybetańskiego, propaguje publicznie nie tylko reinkarnację, ale też okultyzm. Opowiada w swojej autobiografii o tym, jak korzysta z wyroczni, czyli medium, przez które przemawia Neczung, osobisty opiekun dalajlamów od setek lat. Medium (po tybetańsku: kuten) w transie nosi na sobie 30 kilogramów ubrań i swobodnie przemawia, aż wreszcie pada bez zmysłów (Dalajlama XIV, Wolność na wygnaniu, Warszawa 1993).
Jest to klasyczny mediumizm, bezwarunkowo zakazany w tradycji chrześcijańskiej, niegodny osoby ludzkiej oraz bardzo niebezpieczny, gdyż może doprowadzić do opętania demonicznego. Do Tybetu buddyzm przyszedł w VII wieku. Ludność tybetańska była wtedy jeszcze w epoce szamanizmu. Ich wiara polegała na kontakcie z duchami, nie wykluczając złych duchów. Szamański kult został wzmocniony filozofią buddyzmu, ale także z punktu widzenia tantryzmu nie opłaca się w ogóle unikać kontaktów z duchami ciemności i złymi energiami, ponieważ nie warto odrzucać ich, lecz nauczyć się wykorzystywać je w swoich celach. Każda energia – pozytywna czy negatywna – może przydać się w okultystycznym gospodarstwie.
Według prawosławnego teologa rosyjskiego prof. Andrieja Kurajewa, który opiera się na wiarygodnych badaniach wybitnych rosyjskich etnografów i antropologów, dogadzanie tym okrutnym i krwiożerczym demonom zajęło naczelne miejsce w kulcie miejscowej ludności. W buddyjskich klasztorach Mongolii i Tybetu codzienne nabożeństwo poranne zaczyna się od złożenia krwawej ofiary “obrońcy wiary Dżamsaronowi oraz innym okrutnym bóstwom i demonom”, “boskim katom i zabójcom wrogów wiary i cnót”.
Opis podobnego rytuału ofiarniczego znajdujemy w księdze rosyjskiego etnografa A.M. Pozdniejewa, wydanej ponownie w 1933 roku przez samych buddystów. Po złożeniu kielicha krwi Dżamsaronowi oraz innym demonom wyznawcy wzywają ich, by zniszczyli wrogów, szczególnie tych, którzy przeszkadzają w rozpowszechnianiu wiary i sakralności buddyzmu (sakralności nie należy mylić ze świętością). Spośród tych demonów (obraz jednego z nich wisiał w formie kultycznej ikony w Muzeum “Manggha”) wyróżnia się demon Mahakala, który sam nie potrafi osiągnąć nirwany, lecz pobity przez Padmę Sambhawę i innych buddyjskich bohaterów musi wiecznie walczyć z tymi, którzy przeszkadzają w rozpowszechnianiu buddyzmu, przynosi zło ludziom lub przeszkadza im sprawować święte obrzędy.
Jest to wszystko ciekawe także dlatego, że dalajlamowie (według świadectwa obecnego Dalajlamy XIV) od dzieciństwa związani są z czarnym bogiem Mahakalą: “Wkrótce po moim urodzeniu na dachu naszego domu osiedliła się para kruków. To jest szczególnie interesujące, ponieważ podobne rzeczy przydarzyły się i po urodzeniu pierwszego, siódmego, ósmego, dwunastego Dalajlamy. Później, kiedy Pierwszy Dalajlama wyrósł i dotarł na wyżyny praktyk duchowych, podczas medytacji miał bezpośredni kontakt z bóstwem-obrońcą Mahakalą. I wtedy Mahakala powiedział mu: ‘Ci, którzy jak ty podtrzymują naukę buddyzmu, potrzebują obrońcy podobnego do mnie’. Tak więc widać z tego, że między Mahakalą, krukami i Dalajlamami istnieje pewna więź” (por. wywiad Dalajlamy XIV z J. Awedonom [w:] “Put” k siebie” 3/1995).
Poza tym laureat Pokojowej Nagrody Nobla wcale nie wyrzeka się współpracy z demonami i “boskimi katami”. Wręcz przeciwnie. Stwierdza, iż “żeby współpracować z tzw. gniewnymi obrońcami, musimy osiągnąć konieczny poziom rozwoju duchowego. Kiedy człowiek osiągnie pewne wyniki albo stabilność w praktykowaniu jogi, szczególnie w dziedzinie jogi bóstw, i rozwija w sobie dumę tego bóstwa, otrzymuje zdolność wykorzystywania mocy różnych obrońców i bóstw… To jest prawidłowa droga… Zrobiłem poświęcenie czakry Kali [podkr. A.P.]. Wyobrażałem sobie przy tym przeróżnych obrońców narodu tybetańskiego, tybetańskiego społeczeństwa… Te bóstwa mogą wywierać wpływ na to, co się dzieje w świecie” (tamże).
Dalajlama nie powiedział, niestety, że po to, by wywrzeć wpływ na owe “gniewne bóstwa” i przymusić je do “wywarcia wpływu na to, co się dzieje w świecie”, trzeba wypełnić tajne obrzędy tantry. Jakie to obrzędy? Przecież bogini Kali jest wielkim symbolem zła, która żąda ofiar z ludzi. Ofiary z ludzi składano dosłownie w buddyzmie jeszcze w XX wieku, co ma charakter satanistyczny. Nieprzypadkowo imię bogini Kali znajduje się w “Biblii szatana” La Veya na tzw. liście imion piekielnych, których ewokacja należy do istoty rytuału satanistycznego.
Buddyzm nie jest więc religią pokoju, harmonii i braku przemocy, jak to się oficjalnie przedstawia. Nie można zatem przedstawiać sprawy tak, jakby wszystkie niejasności, wątpliwości i przepaście teologiczne zostały rozwiązane. Nie można wchodzić w buddyjskie rytuały jak w masło, jak zdeklarowali to niektórzy (znaczna mniejszość) benedyktyni tynieccy. – Ich tradycja religijna jest starsza od naszej. Możemy wiele się od nich nauczyć – mówi o. Jan Paweł Konobrodzki. Benedyktyn prowadzi na co dzień medytacje w tynieckim klasztorze. – Poproszę braci z Tybetu, żeby podzielili się z nami swoimi medytacyjnymi technikami. Liczę na wspólną kontemplację – dodaje. Jest to podejście naiwne i nieodpowiedzialne, zakładające fałszywe poczucie intelektualnego i duchowego bezpieczeństwa.
Jest bowiem wręcz przeciwnie – już na gruncie nauki są wątpliwości (tu powołuję się na osobistą rozmowę z prof. dr. hab. Włodzimierzem Wilowskim z Uniwersytetu w Poznaniu). Według tego znawcy religii Wschodu, w buddyzmie nie można rozróżnić ducha dobrego od złego. Zresztą nie czyni się tego, liczy się skuteczność i efekt mocy (także w uzdrowicielstwie). Temu sprzyjają może “medytacje”, które mogą być ukrytą formą mediumizmu. Niebezpieczna jest też w tym kontekście mapa metafizyczna buddyzmu, który dopuszcza sześć sfer istnienia (koło życia): bogowie, półbogowie, ludzie, głodne duchy, zwierzęta, istoty piekielne. Czym lub kim są owe istoty? Kim są buddyjskie duchy? To pytanie będzie szczególnie ważne, jeśli nie będziemy redukcjonistami czy naiwnymi optymistami, a może po prostu, gdy nie będziemy zwykłymi nieukami?
Współczesny ezoteryzm korzysta z buddyzmu, co wynika także z faktu, że nawet buddyzm ortodoksyjny nie odrzuca radykalnie okultyzmu czy spirytyzmu, choć dostrzega z ich strony pewne zagrożenia.
Dialog czy zdrada? Niebezpieczeństwa duchowe
Zacznijmy od bezspornego faktu, iż buddyzm jest religią, nie może być więc rozpatrywany w kategoriach wyłącznie kulturowych czy społeczno-politycznych. Według badań naukowych, buddyzm jest bardzo adekwatnym odpowiednikiem światopoglądu czy religii gnozy (tak sądzi ks. prof. Tadeusz Dajczer, czołowy w Polsce znawca buddyzmu). Ideologia buddyzmu pomija i neguje najważniejsze dla chrześcijaństwa prawdy. Odrzuca osobowego i transcendentnego Boga, kreacjonizm, pojęcie grzechu, cierpienie jako drogę zbawienia, propaguje też reinkarnację.
Doktryna reinkarnacji jest to straszny i niebezpieczny błąd doktrynalny dotyczący eschatologii, który może zwodzić na manowce tych, co unikają radykalnego wyboru Boga w tym życiu. Jest ona radykalnie sprzeczna z dogmatem o Zmartwychwstaniu (fundamentem chrześcijańskiej wiary). Jest też swoistą plagą we współczesnej kulturze, tym bardziej że reklamowana jest przez wszystkie organizacje gnostyckie, ezoteryczne czy spirytystyczne, masonerię, teozofię, antropozofię (szkoły waldorfskie!), bioenergoterapeutów i różdżkarzy, reikowców i hipnotyzerów, psychologów jak C.G. Jung i K. Wilber, A. Santorski i W. Eichelberger, scjentologię, a także New Age i jego pochodne. Tymczasem “Objawienie chrześcijańskie wyklucza reinkarnację i mówi o spełnieniu, do którego człowiek jest powołany w czasie jedynego życia ziemskiego” (Jan Paweł II, “Tertio millennio adveniente”, nr 9), zaś Kościół katolicki oficjalnie stwierdza: “Po śmierci nie ma ‘reinkarnacji’” (KKK 1013).
W buddyzmie, zgodnie z duchem gnozy, nie ma grzechu, ale jest tylko iluzja poznania, która jest swoistym grzechem. To poznanie-oświecenie jest więc swoistym “zbawieniem”, a nie nawróceniem od moralnego zła czy grzechu. Współczucie buddyjskie nie jest miłością chrześcijańską, co dawno wykazał H. de Lubac SJ. Najbardziej niebezpieczna jest radykalna – w tym mentalna i uczuciowa, praktykowana “technicznie” – izolacja od cierpienia. Taka ucieczka przypomina gnostycką “negatio creationis”, pośrednio negację samego Stwórcy. Czy nie jest to ukryty “bunt metafizyczny”? Należy przypomnieć, że gnoza jest dla chrześcijaństwa herezją wszystkich herezji (W. Kasper).
Cały buddyzm jest zorientowany na rozpoznanie cierpienia i radykalną ucieczkę od niego. To jest pierwotne doświadczenie samego Buddy. Buddyzm szuka radykalnej ucieczki od cierpienia, co może być grzeszną ucieczką od krzyża i zdradą Jezusa. A. Läple opisuje w swojej książce o modlitwie przejmujące przeżycie mnicha-trapisty Jurgensa, który doświadcza uczestnictwa w medytacji buddyjskiej jako prawdziwej ZDRADY chrześcijańskiego Boga.
Dialog z innymi religiami nie oznacza więc stawiania na równi tych religii z chrześcijaństwem. Ważna zasada: Budda jest człowiekiem, a nie Bogiem (problem idolatrii). Tu jest religia nadprzyrodzona oparta na Chrystusie, tam – koncepcja naturalistyczna (ateistyczna?, spirytystyczna?). Nie można więc także na gruncie praktyki zestawiać modlitwy z medytacją. A może nawet uczestniczyć w buddyjskiej medytacji. “Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię, będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” (Kol 2, 8).
W kontekście powyższego uważam, że udział w rytuałach buddyjskich jest narażaniem się na grzech bałwochwalstwa, zniewoleń spirytystycznych i zgorszenia wiernych, o czym świadczą liczne reakcje i protesty katolików z całej Polski. Dialog z buddyzmem nie oznacza beztroskiej asymilacji typu synkretycznego oraz prowokowania takich religijnych zachowań, jakby nie było żadnych intelektualno-teologicznych wątpliwości, co miało miejsce w Tyńcu oraz w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej “Manggha” w Krakowie. Nie konsultowano się z egzorcystami, którzy mają negatywne doświadczenia z buddyzmem czy pseudobuddyzmem. W tym kontekście bezpośredni, oficjalny i w pełni afirmatywny udział opata benedyktynów tynieckich w tymże muzeum 1 marca 2009 r. o godz. 15.00 w rytuale niszczenia mandali (zakończonym wysypaniem resztek mandalicznego piasku do Wisły w osobnym rytuale) należy uznać za wysoce niestosowny i problematyczny.
Ceremonia ta nie miała bowiem charakteru wyłącznie kulturowego, ale wyraźnie kultyczny, czyli religijno-inicjacyjny. Byłem jej naocznym świadkiem, modląc się gorąco jako kapłan o ochronę dla wszystkich obecnych w czasie tej ceremonii. Wszędzie było bowiem dużo rytualnych figur i obrazów kultu. Był też portret samego Dalajlamy, o którym mówiłem. Zgromadzeni byli wyraźnie zachęcani do medytacji (wewnętrznego otwarcia), a obecni tam buddyści w sposób oczywisty odprawiali mantry, wyszeptując je z powagą. I mandala (obraz), i mantra (słowo), a także mudra (gest) należą do technik rytualnych, kultycznych i inicjacyjnych powszechnie występujących w ramach religii buddyzmu, co wykazują liczne badania naukowe.
Mandala nie jest tylko “symbolem wolności i pokoju”, jak to oficjalnie podano w prasie. Mandala (krąg, łuk, odcinek) – wedle poważnych definicji naukowych – to klasyczne pojęcie religijne. Jest to symboliczne przedstawienie sił kosmicznych w dwu- lub trójwymiarowej formie, które w buddyzmie tantrycznym w Tybecie odgrywa wielką rolę. W hinduizmie mandale służą rozbudzaniu świadomości identyczności z religijnie pojętą kosmiczną świadomością. Jest to obraz, rysunek lub konstrukcja przestrzenna z różnokolorowego piasku, służąca jako pomoc dla oczu medytującego lub jako święty przedmiot w świątyni. Jest ona zazwyczaj poświęcona jednemu bóstwu lub określonemu rodzajowi bóstw. Oprócz swojej funkcji jako obiekt medytacji mandale pełnią także funkcje relikwiarza, na którym medytujący składa przedmioty rytualne lub dary ofiarne, które podkreślają określony aspekt bóstwa, a czynności rytualne mają wywołać te boskie atrybuty.
Mandale tworzone w stanie medytacyjnego transu skierowane są głównie w nasze centra energetyczne zwane czakramami. Każdy czakram promieniuje swoim kolorem, ma swoje zadania i posiada odpowiednie cechy. Oddziałując na czakramy za pomocą mandali, można je harmonizować, oczyszczać, poprawiać ich funkcjonowanie oraz wzmacniać ich cechy. Otwarcie czakramów ma jednak charakter duchowy i mediumiczny. Nie są to rzeczy neutralne i bezpieczne pomimo faktu, że nastąpiła dziś tyleż powszechna, co nieuzasadniona “psychologizacja mandali” za sprawą gnostyka C.G. Junga. Z tej racji jest ona także rozpowszechniana w szkołach i przedstawiana dzieciom i rodzicom jako technika rzekomo neutralna, czysto psychologiczna.
Konkludując, muszę powiedzieć, że aktywny udział – do którego zachęcano w tej opisanej wyżej ceremonii religijno-kultycznej w Krakowie – miał charakter inicjacyjny. A wewnętrzne otwarcie – przyzwolenie na ten rytuał (do którego także wyraźnie zachęcano) i do tego publiczne w nim uczestnictwo było narażaniem się na grzech bałwochwalstwa, na działanie spirytystyczne (mediumiczne), a także mogło być narażaniem innych na zgorszenie (dawanie złego przykładu) oraz na inne niebezpieczeństwa duchowe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz