piątek, 5 października 2012

Liturgia u Ojców Kabotynów


Brałem w życiu udział w wielu Mszach, które były pod wieloma względami nie takie, jakie być powinny. Były wśród nich odprawiane w domu przy stole, na prowizorycznych ołtarzach polowych, na jachtach, przy gitarze i bębnach (sam często byłem tym grającym), albo syntezatorze nastawionym na pianino i z włączonym rytmem samby, czaczy czy licho wie czego jeszcze.
W zasadzie, jak sobie tak dobrze pomyślę, to jeśli chodzi o wierność normom i zaleceniom liturgicznym, nie wspominając o Ratzingerowskim "duchu liturgii", większość tych Mszy, w których w życiu uczestniczyłem i uczestniczę miała (ma) pod tym względem charakter co najwyżej "asymptotyczny".  W ostatnią niedzielę doszedłem jednak do wniosku, że pomimo tego nie miałem dotychczas pojęcia co to jest nadużycie liturgiczne. Że mimo wszystkich obiektywnych braków, niedociągnięć, minimalizmu, uchybień czy co tam jeszcze można na temat powiedzieć, brałem przez te wszystkie lata w kulcie, który może gdzieś czasem zbaczał, ale jednak był ukierunkowany na swój nadrzędny cel: oddanie chwały Bogu. Natomiast to, w czym miałem nieszczęście uczestniczyć przedwczoraj, nie wiem czym było, ale na pewno nie tym.
Suma w niewielkiej wiejskiej parafii. Rozpczyna się Msza, gra akustyczna gitara, męski i żeński głos śpiewają w harmonizowanym duecie jakąś rzewno-sentymentalną religijną piosenkę, jedną z takich, przy których człowiek myśli: jeszcze trochę tych słodkości i mnie zemdli. Ale nic to, nawet ładnie, jeszcze nic się nie dzieje. Wychodzi ksiądz z asystą, dalej wydaje się, że wszystko gra. Ksiądz robi Znak Krzyża (choć nie jesteśmy z żoną już teraz pewni, czy rzeczywiście go zrobił), mówi: "Miłość Boga Ojca itd.", ciągle nic nie zapowiada katastrofy. Ale po "I z duchem twoim", nagle ksiądz wychodzi z prezbiterium, wyciąga z ambonki mikrofon bezprzewodowy i zaczyna gadać.

Mówi, że tak się złożyło, iż w dekanacie są dzisiaj trzy duże uroczystości. Dowiadujemy się dalej z tego gadania, że właśnie tą Mszą rozpoczyna się plener malarski imienia pewnego księdza-artysty, który był niegdyś proboszczem tej parafii. To jest jedna z tych "uroczystości", o innych już potem bezpośrednio nic nie ma, choć wydaje się, tak spomiędzy wierszy, że drugą były gminne dożynki. Wspomniany plener, którego jednym z głównych organizatorem jest aktualny proboszcz (tzn. ten facet z mikrofonem) gromadzi specjalnie zaproszonych artystów, których nazwiska - jak zapowiada mówca - zostaną za chwilę przed głównego organizatora odczytane (bo, jak mówi ks. proboszcz: "mamy czas"). Ale zanim dochodzi do odczytania listy zaproszonych gości, zostajemy uczęstowani wywodem  proboszcza na temat siebie samego jako organizatora tak świetnej imprezy ("a ja nigdy w rękach pędzla nie miałem, wiecie?"), przeplatanym głupawymi anegdotkami i wycieczkami w stronę publiczności ("a ty, Jasiu, pamiętasz jak to czy tamto, nie?", albo: "w pani wójt [obecnej "na sali" - TD] to ja się kocham, ale ona mi ciągle mówi, że ma już męża"); po drodze zostają jeszcze wyciągnięci z ławek: sołtys (chyba) i wspomniana pani wójt (na pewno), z których każde zostaje przez księdza zmuszone do wygłoszenia okolicznościowego speechu, przerywanego zresztą ciągle przez celebransa różnymi równie okolicznościowymi wtrętami. Aaaaa, byłbym zapomniał, większość osób, o których do tej pory była mowa (artyści, organizatorzy, władze gminy itd.) otrzymali swoją porcję oklasków, nie wiem czy dobrze pamiętam, ale chyba nawet parafianie zostali oklaskani przez artystów i sami się musieli oklaskać, już nie pamiętam za co, ale niewykluczone, że za to, iż przyszli na tę Mszę. Na koniec proboszcz wyciągnął na środek głównego organizatora (szczerze mu współczułem, miałem wrażenie, że nie jest zbyt szczęśliwy), który odczytał co miał odczytać, po raz kolejny wyrażając podziękowania dla tych, którym już dziękowano i klaskano, oraz odczytując listę zaproszonych artystów. W tym czasie celebrans najpierw biegał po kościele i ściskał ręce każdej z wyczytywanych osób, a potem, jak stał, w ornacie, usiadł sobie na stopniu, oparł się plecami o balaski i stamtąd dzielnie komentował głosno co drugie słowo. Nie miałem zegarka, nie wiem więc ile czasu trwała cała ta szopka, ale na pewno co najmniej pół godziny, a myślę, że dłużej.
Kyrie eleison... Myślicie, że to już koniec? O nieee, bynajmniej.
Nie pamiętam już jak dokładnie skończyły się te nowe obrzędy przedwstępne, w pewnym momencie krew mi oczy zalała. Pewne natomiast jest, że jak już celebrans wszedł z powrotem do prezbiterium ograniczył się do tego, że stanął na ambonce i stwierdził, że nie jest teraz potrzebny sakrament pokuty (nie, nie przesłyszeliście się), bo przecież już była pokuta w czasie słuchania o artystach. Braku Gloria nie uzasadnił za co powinniśmy być mu wdzięczni.
Liturgia słowa zaczęła się od zamieszania w prezbiterium, gdzie proboszcz rozsyłał ministrantów po lekcjonarz, głośnym szeptem: "Gdzie jest książka, artyści będą czytać". Po czym z kościoła wyszła na ambonę jedna pani, odczytała lekcję, chórek żeńskich głosów z chóru zaśpiewał psalm, potem z zakrystii wyszła dziewczyna, odczytała epistołę, ksiądz odczytał ewangelię (z drżeniem czekałem czy zacznie ją na bieżąco komentować, ale szczęśliwie tego nie zrobił). Potem zamiast homilii został odczytany zrekonstruowany życiorys owego księdza, który patronował plenerowi, trzeba przyznać, że postać ciekawa i w wielu momentach heroiczna. Ten życiorys odczytała jedna pani. Kiedy skończyła proboszcz wyszedł na ambonkę i zaczął snuć jakieś anegdoty o owym księdzu, jak to kazał swojej gospodyni przynosić sobie deski, na których chciał malować i inne tego typu. A jak już wyczerpał mu się zapas opowieści machnął ręką w górze i zawołał: "Panie organisto, na ofiarowanie!".
Siedziałem w pierwszym rzędzie. I kiedy po chwili skonsternowanego milczenia zagrała gitara i znów zabrzmiał sentymentalny duet byłem bezpośrednim świadkiem, jak proboszcz, przywołany chyba gestem owego organizatora pleneru wyszedł z prezbiterium i odpowiadając najwyraźniej na próbę zwrócenia mu przez tego ostatniego uwagi, że pominął ważne części Mszy odpowiedział, że przecież wyznanie wiary już było... w ramach homilii.
Resztę Mszy przesiedziałem jak w amoku. Symbolicznego wymiaru nabrało dla mnie wyjście celebransa i asysty do zakrystii. Otóż do Mszy służyło kilku ministrantów młodszych i jeden starszy (taki typ dryblasa). I kiedy ta ekipa schodząc mijała świece stojące na ołtarzu jeden z młodziaków zdmuchnął po drodze dwie z nich, ale już trzeciej nie zdążył, bo na plecy następował mu ten dryblas, i to on zagasił ostatnią, stojąc na jednej nodze, przechylając się do tyłu i wyciągając rękę, żeby zdążyć pacnąć knot zanim logika zejścia do zakrystii każe mu dogonić będących już tam kolegów. Udało mu się za drugim razem. Nie wiem czego to symbol, ale symbol jak nic, jak pacnięcie w... knot.
To nie nocny koszmar liturgisty. Mogłem gdzieś pomylić chronologię jakiegoś szczegółu, ale tak właśnie wyglądała moja Msza niedzielna w tym tygodniu. No właśnie, nie mam pewności czy to rzeczywiście była Msza, nie wiem gdzie dokładnie byłem. I nie wiem, co mam z tym zrobić. Pierwsza reakcja, która mi przyszła do głowy jeszcze w trakcie tego cyrku na początku to było wstać i powiedzieć głośno: "Księże, niech ksiądz skończy te wygłupy i wraca do Mszy". Druga, mniej więcej przed liturgią słowa, to wstać, wyjść i jechać na Mszę gdzie indziej, najlepiej trydencką. Trzecia, to iść po Mszy do proboszcza i wygarnąć mu co Kościół i ja myślimy na temat takich praktyk. Żadnej nie zrealizowałem, raz, że nigdy nie miałem śmiałości od takich posunięć i za łatwo się denerwuję, a dwa, że były ze mną dzieci brata mojej żony, które należą do tej parafii i których nie chciałem w to wciągać. Ale coś przecież zrobić muszę, nie mogę tak tego zostawić. Ale co - nie mam pomysłu? Może ktoś coś poradzi?


Źródło:
breviarium.blogspot.se

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz