środa, 31 października 2012

Fasolka Nowakowej i białoruski satelita

World Economic Forum (WEF) to szwajcarska fundacja organizująca coroczne konferencje w Davos. W konferencjach tych uczestniczą przedstawiciele światowej gospodarki i polityki. WEF opracowuje też co roku „Globalny raport konkurencyjności”. W początku września opublikowano najnowsze jego wydanie. Polska zajęła w nim 41. miejsce, podobnie jak rok wcześniej.

Choć raport obejmuje aż 144 państwa, to nie ma w nim Białorusi. Dlaczego? Przecież Białoruś nie ukrywa swych danych, a wprost przeciwnie. Ma wskaźniki tak dobre, że chętnie się nimi pochwali.
W początkach września opublikowano też inny raport. Przygotowała go World Wide Web Foundation (WWWF), jedna z organizacji tworzących standardy internetowe. Raport miał pokazać jak w różnych krajach świata używany jest internet i jaka jest jego dostępność. W tym rankingu także zabrakło Białorusi. WWWF zbadała dostępność internetu w Burkina Faso, Bangladeszu, Zimbabwe czy Etiopii, ale Białoruś jakoś umknęła uwadze WWWF. Dlaczego? Przecież powszechny i szeroki dostęp do internetu jest przedmiotem dumy Białorusi i jest ona gotowa udostępnić natychmiast wszystkie potrzebne do raportu dane.
Do obu wspomnianych rankingów podchodzę z przymrużeniem oka. Obawiam się, że więcej w nich propagandy niż rzetelnych danych. Białorusi nie ma w nich chyba dlatego, że żadne manipulacje nie pozwoliłyby już na umieszczenie jej na niskim miejscu a jaskrawych kłamstw autorzy rankingów zapewne woleli nie ryzykować. Jedynym wyjściem jest więc udawać, że Białorusi po prostu nie ma. Zaryzykowałbym pogląd, że każda kolejna dziedzina, w której Białoruś osiągnie sukces, będzie oznaczać jej eliminację z dotyczących tej dziedziny „światowych” rankingów.
W zwykłych czasach jest rzeczą wątpliwą etycznie wprowadzanie opinii publicznej w błąd. Nie można tego usprawiedliwiać żadnym patriotyzmem. Na szczęście za oba wspomniane rankingi Polska nie odpowiada i nie nasze są związane z nimi rozterki moralne. Jednak u nas sposób informowania społeczeństwa też przedstawia czasem wiele do życzenia. Przykładem mogą być satelity.
W lutym tego roku Polska dołączyła do grona kilkudziesięciu państw, które mają w kosmosie swego satelitę. Europejska rakieta Vega, która 13 lutego wystartowała z kosmodromu w Gujanie Francuskiej, wyniosła w przestrzeń kosmiczną m.in. satelitę PW-Sat, skonstruowanego przez studentów Politechniki Warszawskiej. Już przed startem studenci na specjalnie utworzonej stronie internetowej apelowali, by zostać społecznym ambasadorem PW-Sata.
Do dziś można pobrać z tej strony reklamowe plakaciki. Mniejsza jednak o stronę internetową i plakaciki. Przeprowadzono wielką kampanię medialną. Czołowe gazety, telewizje i stacja radiowe nagłośniły to wydarzenie. Np. „Dziennik” w ślad za TVN informował tak:



Ta „niezwykle ważna misja” i „prawdziwa fortuna” do zrobienia były bredniami, nomen omen, kosmicznymi. Misja była na skalę skromnych możliwości intelektualnych studentów, a na zrobienie fortuny nie było żadnych szans (szanse były co najwyżej na stracenie fortuny).
Nie lubię cwaniactwa, a w naszych polskich działaniach kosmicznych wydaje mi się ono obecne. Aby jednak nie narzucać tu od razu swej opinii, siłą rzeczy tendencyjnej, proponuję zacząć od przeczytania artykułu na temat PW-Sat, który ukazał się w piśmie „Astronautilus” nr 18 (1/2012).
Mając nadzieję, że Czytelnicy zapoznali się z artykułem w „Astronautilusie”, mogę teraz przedstawić swą opinię. Zaznaczam dodatkowo, że w sprawach satelitów jestem ignorantem, więc każdy Czytelnik musi myśleć na własny rachunek.
W przypadku małych satelitów (PW-Sat jest bardzo mały) na powodzenie ich misji składają się dwa elementy: 1) skuteczne wyniesienie ich w kosmos, 2) wykonanie przez nie w kosmosie zaplanowanego zadania.
Pierwszy element to jak zlecenie dla firmy kurierskiej. Nowakowa z Otwocka robi świetną fasolkę po bretońsku, którą uwielbia wuj Nowakowej z Pcimia. Nowakowa robi więc fasolkę dla wuja i posyła mu ją przez firmę kurierską. Dumą Nowakowej jest smaczna fasolka. To, czy fasolka dotrze do Pcimia, czy nie, to już zasługa lub wina firmy kurierskiej, a nie Nowakowej.
Gdyby Nowakowa miała fanaberię, by jej fasolka latała w kosmosie, to kilo fasolki mogłaby kazać zapuszkować, po czym zleciłaby firmie od rakiet wyniesienie tej fasolki w kosmos. Przy dzisiejszych cenach kosztowałoby ją to jakieś 70 tys. zł, ale firma od rakiet za takie zlecenie całowałaby Nowakową po rękach, bo przecież w razie czego odszkodowanie za fasolkę jest niewielkie, czyli Nowakowa to złoty klient.
Fasolka Nowakowej latałaby sobie potem wokół Ziemi, aż po jakichś czterech latach, wskutek powolnego opadania dotarłaby do atmosfery, co przy kosmicznej prędkości fasolki skończyłoby się jej spłonięciem. Duże satelity, które mają silniki, mogą ich co jakiś czas użyć, by zwiększyć swą wysokość do pierwotnego poziomu. Dzięki temu latają dłużej.
Studencki satelita PW-Sat tym się różnił od fasolki Nowakowej, że miał wykonać w kosmosie zadanie. Cel był taki, by satelita spadł już po roku a nie po czterech latach, jak fasolka. Propagandowo nie jest to zbyt nośne. Nikt nie chce mówić, że odniósł sukces, bo jego satelita spadł już po roku, podczas gdy inne latały aż cztery lata. Jaki zatem sens w tym zadaniu?
W kosmosie, zwłaszcza bliskim Ziemi, latają śmieci. Są to głównie jakieś części wystrzelonych wcześniej obiektów. Jest ich tyle, że stwarzają zagrożenie dla pracujących tam satelitów. Warszawscy studenci mieli za zadanie zaprojektować i wypróbować „hamulec satelity”. PW-Sat to kostka o boku 10 cm. Jego hamulec to metrowy ogon poskładany w środku w harmonijkę, dający się rozwinąć. (…)
W kosmosie nie ma atmosfery (powietrza), ale nie tak do końca. W metrze sześciennym powietrza, którym oddychamy jest jakieś 27 kwadrylionów cząsteczek. W kosmosie, tam gdzie lata PW-Sat, są to zaledwie jakieś cztery cząsteczki na metr sześcienny. Według obliczeń powinno to jednak wystarczyć, aby ogon zbierający uderzenia tych cząsteczek wyhamował PW-Sat na tyle, by spadł on już po roku a nie po czterech latach. Zadaniem PW-Sat było sprawdzenie w praktyce, czy jest tak, jak teoretycznie wyliczono. Dlatego jego spadnięcie po roku byłoby sukcesem. Gdyby zużyte satelity spadały szybciej, to łącznie latałoby ich mniej i byłoby bezpieczniej.
Aby PW-Sat wykonał swe zadanie, musiał na sygnał z Ziemi wypuścić ogon-hamulec. To było wszystko, co musiał zrobić. Wypuszczenie ogona zaplanowano na miesiąc po starcie, czyli 13 marca. W dniu 13 marca na stronie PW-Sat ukazał się komunikat, w którym przeczytać można m.in.: „Jak na razie satelita pracuje prawidłowo i już niebawem, w ciągu najbliższych kilku tygodni, powinno dojść do rozwinięcia ogona PW-Sata. Dokładna data nie jest w tej chwili znana, jednak jest prawdopodobne, że do rozwinięcia ogona dojdzie jeszcze przed Wielkanocą.”
Był to ostatni komunikat. Do dziś nie ma informacji o rozwinięciu ogona.
Jeśli rozwinięcie ogona okazało się niewykonalne, to PW-Sat stał się w pewnym sensie fasolką Nowakowej. Poturla się przepisowe cztery lata i spłonie. Z jednej strony dłużej będziemy mieć naszego satelitę w kosmosie, ale z drugiej strony nie bardzo wiadomo po co.
Historia PW-Sat wydaje mi się smutna. Przyszli inżynierowie mieli w 2004 ambitny plan samodzielnego wykonania satelity. Cieszyli się, że projekt (Cubesat) jest publicznie dostępny. W 2006 satelita miał być gotowy, ale był wtedy tylko wystrugany z drewna i bez widoków, że kiedyś powstanie prawdziwy. Ostatecznie zdecydowano się więc kupić drogi zestaw części, być może o nazwie „Sam zrób satelitę”, czy jakiejś podobnej. Trudno nazwać szczególnym osiągnięciem zmontowanie typowego satelity Cubesat z kupionych gotowych, typowych elementów. Satelita ważył kilogram a kosztował 500 tys. zł. Dla porównania kilogram czystego złota kosztuje jakieś 200 tys. zł. Wydaje się, że dostawca części do satelity zrobił złoty interes a nawet dużo lepszy.
Od samego początku było wiadomo, że na PW-Sat wydamy sporo pieniędzy a nie zarobimy na tym ani grosza. Mogliśmy się pocieszać, że dzięki PW-Sat wyedukują się nasi młodzi specjaliści od satelitów, ale życie pokazuje, że tacy wyedukowani specjaliści opuszczają Polskę, by pracować dla pomyślności innych państw.
Interesem Polski jest mieć prawdziwego, komercyjnego satelitę, na którym zarabia się pieniądze. Były kiedyś takie projekty. Śladem po jednym z nich mogą być: dokument, artykuł oraz film. Dziś to już pamiątki historyczne.
Przed miesiącem minister Radosław Sikorski zapewniał wprawdzie w TVN, że wciąż „stać nas na wystrzelenie polskiego satelity do celów telekomunikacyjnych i obronnych”, ale brzmi to mało przekonująco. Bajki o polskim podboju kosmosu zdają się dziś służyć tylko uzasadnianiu zagranicznych wycieczek naszych posłów na koszt podatników. Informował o tym Marek Gładysz w RMF FM. Spotkało się to wprawdzie z ostrym protestem Macieja Urbanowicza (od PW-Sat), ale ten protest umacnia mnie tylko w podejrzeniach, że sprawa z PW-Sat to też cwaniactwo.
Tymczasem Białoruś od 22 lipca 2012 ma już swego satelitę w kosmosie i jest to satelita komercyjny, czyli będzie dawać Białorusi dochody, a nie koszty.
Reakcja naszych mediów na ten wielki sukces Białorusi była umniejszająca. Starano się przedstawiać to jako rzecz mało istotną. Przykładem niech będzie relacja TVN, eksponującego, że białoruski satelita oparty jest o rosyjski projekt i wyniosła go w kosmos rosyjska rakieta.


Nie ma to przecież żadnego znaczenia. Rosyjskie rakiety wynoszą w kosmos satelity np. USA, Kanady, Niemiec, Włoch i każdego innego państwa, które stać na zapłacenie za tę usługę. Satelita jest własnością Białorusi, będzie latami pracować na korzyść Białorusi a także odpłatnie na korzyść innych państw, zapewniając tym dochody Białorusi.

Dużo dalej niż TVN i inne czołowe media poszedł np. portal Kresy24.pl. Już tytuł jego informacji – „Jedną nogą w kosmosie” sugerował, że coś jest nie tak. Dlaczego „jedną nogą”? W tekście portal minął się z prawdą informując, że satelita będzie pracował w kosmosie 40 dni (będzie pracował minimum 5 lat). Portal zasugerował też, że Białoruś poniesie na tym przedsięwzięciu poważne straty, a realizowane jest ono tylko z powodu „marzenia Aleksandra Łukaszenki o podboju kosmosu”. Te bzdury Kresy24.pl zilustrowały grafiką, na której skarykaturowany prezydent Łukaszenka trzyma satelitę o kształcie kartofla:


Białoruski satelita waży blisko pół tony a kartofel, jeśli już, to mógłby symbolizować naszego kilogramowego PW-Sat. W początku 2014 roku w kosmosie ma się znaleźć drugi białoruski satelita, opracowywany we współpracy z Chinami. Będzie to satelita telekomunikacyjny, czyli też komercyjny. Ma pracować kilkanaście lat.
Białoruskie satelity wymagają dużych zespołów specjalistów, kontrolujących z Ziemi ich pracę. Białorusini kształcą więc kadry na swoje potrzeby, a nie na potrzeby innych państw. Warto też podkreślić, że białoruski satelita (komercyjny) miał być w kosmosie już 26 lipca 2006, ale awaria rosyjskiej rakiety Dniepr, wynoszącej wtedy w kosmos 18 różnych satelitów, należących do USA, Włoch, Kolumbii, Rosji i Białorusi, pogrzebała te plany, albo raczej odsunęła je na długie sześć lat. Poza dyskusją jest jednak, że w dziedzinie satelitarnej jesteśmy daleko za Białorusią.
Nasze media, usiłujące rozdąć aż do absurdu to, co my robimy w kosmosie, a jednocześnie usiłujące maksymalnie umniejszyć sukcesy Białorusi, uważają się pewnie za bardzo patriotyczne. Prawda jest jednak taka, że Białoruś ma w kosmosie komercyjnego satelitę, wkrótce będzie mieć drugiego, a nas nie stać na to dziś i zapewne nie będzie nas stać jutro. My mamy w kosmosie tylko fasolkę. Moim zdaniem patriotycznie jest wyjaśnić rodakom tę gorzką prawdę.

http://prawica.net    (Warto poczytać komentarze)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz