piątek, 12 października 2012

Chipowanie ludzi? To już się zaczęło

Wielu uczniów nie godzi się na noszenie nowych legitymacji. (fot. Jupiterimages)

Władze chcą chipować dzieci, a one, jak nietrudno zgadnąć, zadowolone nie są. Podobnie zresztą jak ich rodzice. Do kuriozalnej sytuacji dochodzi coraz częściej w amerykańskich szkołach, w których wprowadzony został obowiązek "znakowania" uczniów. Młodzież, która buntuje się przeciwko podobnym praktykom, narażona jest na surowe kary. 
Zapowiedzi dotyczące legitymacji z zaimplementowanym mikrochipem do wielu amerykańskich szkół pojawiły się już wcześniej w tym roku. Teraz władze weszły w fazę realizacji projektu. Zgodnie z nowymi przepisami, uczniowie są zobowiązani do ciągłego noszenia przy sobie dokumentu wyposażonego w układ elektroniczny, który pozwala w każdej chwili ustalić ich miejsce pobytu. 

Nowe zasady obowiązują w wielu teksańskich szkołach od 1 października. Ich wprowadzenie już pociągnęło za sobą szereg perturbacji. Uczniowie, którzy przychodzą na zajęcia m.in. w John Jay High School i Anson Jones Middle School - obie placówki znajdują się w San Antonio - muszą mieć przy sobie legitymacje, które pozwalają na śledzenie praktycznie każdego ich kroku - poinformował serwis RT. 

Zgodnie z założeniami, jeśli pilotażowy projekt osiągnie sukces, program obejmie aż 112 szkół, do których uczęszcza ok. 100 tysięcy uczniów. Jak poinformowały władze, realizacja podobnej inicjatywy była konieczna ze względu na skalę absencji panującej w wielu placówkach edukacyjnych. Uczniowie, którzy coraz częściej i chętniej udają się na wagary, rujnują system finansowania szkolnictwa. 

Wielu uczniów nie godzi się na noszenie nowych legitymacji. Ale podjęcie przez nich takiej decyzji wiąże się z wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami, z którymi muszą sobie potem radzić. Wielu z nich twierdzi, że narażani są na szykany. 

Młodzież, która zbuntowała się przeciwko nowemu systemowi twierdzi, że jest dyskryminowana. Uczniowie bez legitymacji XXI w. nie mają dostępu do stref wspólnych w szkołach - bibliotek i stołówek. Twierdzą także, że są dręczeni przez nauczycieli. Nie są też dopuszczani do pełnienia ważnych funkcji w ramach samorządów ani też dopuszczani do głosowań. 


"Mój nauczyciel powiedział mi, że nie zostanę dopuszczona do głosowania, ponieważ nie mam właściwej legitymacji" - przyznała jedna z uczennic, która nie chce się zgodzić, by ją inwigilowano, a nowe legitymacje porównuje do apokaliptycznego stygmatowania "liczbą bestii". 

Dziewczynę, jedną z wielu osób, które poddawane są dyskryminacji ze względu na bunt wobec promowanych w Teksasie rozwiązań, wspiera ojciec. "Nie powinienem się poddawać w kwestii naszego konstytucyjnego prawa do zabrania głosu na temat programu, który jest zły" - powiedział mężczyzna. 

Pomimo że chipy umieszczane są na razie "tylko" w dokumentach szkolnych, sam pomysł już od dawna wzbudza wiele kontrowersji. Nie można bowiem wykluczyć, że narzędzie to służyć będzie do permanentnej inwigilacji młodzieży. Komentatorzy obawiają się też, że jeśli ten schemat się nie sprawdzi (uczniowie będą np. celowo pozostawiać swoje dokumenty w domu), to ktoś w końcu wpadnie na jeszcze bardziej szalony pomysł, by chipy trwale wszczepiać młodym ludziom. 

Przedstawiciele środowisk oświatowych w San Antonio, którzy są pomysłodawcami tego radykalnego rozwiązania, tłumaczą, że podejmując decyzję, kierowali się wyłącznie dobrem dzieci. 

(rc)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz