piątek, 7 września 2012

Pożegnanie ks. Kiersztyna bez koncelebry



Zabroniono koncelebry na pogrzebie księdza Tadeusza Kiersztyna. - Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w pogrzebie, w czasie którego kapłanom odmówiono prawa do koncelebrowania liturgii pogrzebowej – napisał na swoim blogu oburzony ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski.








Pogrzeb księdza Tadeusza Kiersztyna odbył się wczoraj w Krakowie. Wzięły w nim udział dziesiątki wiernych, a także duchowni, którzy przyjechali w różnych zakątków kraju. Niestety, nie pozwolono im  na koncelebrowanie liturgii pogrzebowej. Decyzję taką miał podjąć ks. kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski.

„Od chwili przyjęcia święceń kapłańskich, co miało miejsce prawie trzydzieści lat temu, uczestniczyłem w bardzo wielu pogrzebach księży. Wśród tych pogrzebów zdarzały się także pochówki duchownych katolickich, którzy albo odeszli z kapłaństwa, albo targnęli się na własne życie, albo przez wiele lat kolaborowali z reżymem komunistycznym. Niezależnie jednak od oceny ich ziemskiego życia  na ostatnie pożegnanie zawsze przyjeżdżali licznie współbracia-kapłani, aby poprzez udział w mszy św. koncelebrowanej modlić do Miłosiernego Pana o wieczne zbawienie” – napisał na blogu ks. Isakowicz-Zaleski.

„Wczoraj jednak po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w pogrzebie, w czasie którego kapłanom odmówiono prawa do koncelebrowania liturgii pogrzebowej. A niektórzy jak. np. ks. Stanisław Małkowski przebyli drogę kilkuset kilometrów. Stało się to na pogrzebie śp. ks. Tadeusza Kiersztyna, propagatora intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski. Gdy przed liturgią żałobną wszedłem wraz z innymi kapłanami do zakrystii kaplicy cmentarnej na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, to tamtejszy rektor wyprosił nas stamtąd, powołując na zarządzenie ks. kard. Stanisława Dziwisza, metropolity krakowskiego, który zakazał koncelebry.  Przez całą liturgię staliśmy więc w tłumie wiernych, bez możliwości założenia szat liturgicznych.

Mszę św. sprawował tylko rektor kaplicy. Nabożeństwo odbyło się bez kazania, bez modlitwy wiernych, bez okadzenia trumny, a nawet bez postawienia na trumnie (jak to jest zazwyczaj na pogrzebach duchownych) kielicha i mszału. A przecież zmarły nie był ani ekskomunikowany, ani przeniesiony do stanu świeckiego. Cały obrzęd był sprawowany w szybkim tempie. Jedynie rozdawania komunii świętej trwało dość długo, bo ilość świeckich żałobników była bardzo duża. W czasie modlitw nad samym grobem nie pozwolono także na wygłoszenie przemówień. 

(fot. Stanisław Malik, isakowicz.pl)

Osobną sprawą była nieobecność na pogrzebie jezuitów, w których szeregach ks. Kiersztyn  był prawie trzydzieści lat. Czego oni tak bardzo się przestraszyli? Zauważyłem jedynie dwóch „dzielnych” uczniów św. Ignacego Loyoli, którzy ubrani po świecku przemykali się pomiędzy grobami. Z parafii w Rabce, w której zmarły kapłan się wychował, i Morawicy, na terenie której duszpasterzował przez wiele lat, też żaden ksiądz nie przyjechał.”


Źródło: niezalezna.pl




Mnie się nasunęło skojarzenie z zaistniałą sytuacją do opisu pogrzebu który jest opisany w książce Romana Dmowskiego "Dziedzictwo". O to ten fragment książki:

... Weszli, a za nimi cisnęli się ludzie z cmentarza.
Na środku małego kościołka wiejskiego stal niewysoki katafalk, ubrany w zieleń świerkową, wśród której parę dziesiątków świec się jarzyło.
Na katafalku spoczywała wielka, czarna trumna z krzyżem i obramowaniami z białej blachy, skromna trumna drewniana. Przybysz przykląkł przed trumną, po czym stanął i zaczął rozglądać się wokoło. Obok niego stal adwokat a za nim jakiś mały, szczupły człowieczek, siwy z krótko przystrzyżoną bródką, w okularach, z wychudłą zmęczoną twarzą.
Dalej paru ludzi wyglądających na oficjalistów i służbę.
Poza tym z półtorej setki chłopów, przywiedzionych prawdopodobnie ciekawością.
Wiec to tak wygląda pogrzeb stryja? - myślał przybyły z Paryża synowiec.
Dlaczego taki ubogi? i czyż nie ma na świecie ludzi, którzy by mu chcieli towarzyszyć do grobu?..- Nie mógł w żaden sposób zrozumieć, co to wszystko znaczy... Ukazał się ksiądz w czarnej kapie z organistą u boku i rozpoczął odśpiewywanie egzekwii. Oczy garści ludzi, zgromadzonych w kościele, spoczywały na przybyszu: nie było w nich ani smutku, ani współczucia, ani nawet przejęcia się obrzędem: było tylko zwyczajne, ordynarne zaciekawienie wobec zagranicznego dziwoląga, który na tym tle był istotnie niezwykłym zjawiskiem.
On sam w owej chwili przywoływał sobie postać zmarłego stryja, człowieka zamożnego, wykwintnego, zachowującego się wszędzie na świecie, jak u siebie, i zestawiał swe wspomnienia z tym, co widział teraz przed sobą.
Jakiż kontrast! Jakie to bezdennie smutne!...
Stał, górując nad otoczeniem dużą głową, na której lśniły ciemne, gładko w tył zaczesane włosy, z wysokim i szerokim czołem, przeciętym, dwiema prostopadłymi bruzdami, z dużym prostym nosem, z suchą starannie wygoloną twarzą.
Spod mocnych, prostych brwi, patrzył szarymi, głęboko osadzonymi oczami na to, co go otaczało.
Oczy te były zimne, obojętne, jakby trzymały w odległości ludzi, choć nie odpędzały ich, ale raczej przykuwały do miejsca...
Adwokat Osiecki.
który co chwila rzucał na niego, ukradkiem spojrzenia, mówił sobie, że takie oczy i takie cienkie zaciśnięte usta powinien mieć sędzia, ażeby sprawiać wrażenie nieubłaganej, nie kierującej się żadnym uczuciem sprawiedliwości i logiki. Ksiądz skończył egzekwie, zaczęto odstawiać świece i świerczynę.
Grzegorz i trzej inni ludzie, widocznie ze służby, wzięli trumnę na barki i ponieśli ją za księdzem. Przed kościołem czekało sześciu ludzi z pochodniami, przy których słabym świetle pochód ruszył w drogę.
Ta garstka, przedzierająca się z trumną przez ciemności nocne, sprawiała jakieś niesamowite warzenie: wyglądało to tak, jakby grzebano kogoś ukradkiem, z dala od oczu ciekawego świata.
Kościół stał na krańcu wsi, a blisko niego, tuż za wsią, leżał mały cmentarzyk. Na cmentarzu czekał dół wyrąbany w zmarzłej ziemi.
Ustawiono nad nim trumnę, a ksiądz cichym, jakby zdławionym głosem odśpiewał rozdzierające melodie obrzędu pogrzebowego.
Trumnę opuszczono w dół i rozległ się głuchy łoskot spadających na nią grud ziemi. Jedyny przedstawiciel rodziny zmarłego stał nad dołem z pozornym spokojem, ale z poczuciem, że się dzieje coś sprzecznego z normalnym porządkiem rzeczy, coś nie zrozumiałego, cos nie wytłumaczonego.
Naprzeciw niego stal Grzegorz.
Oczy atlety, patrzące nieruchomo w przestrzeń, miały jakiś straszny, morderczy wyraz.
Gdy trumnę opuszczono w dół, oczy te za nią podążyły: w jednej chwili dzika twarz zmiękła, a spod powiek popłynęły grube łzy, w których zamigotał blask pochodni.
Obserwujący Grzegorza synowiec zmarłego poczuł w tej chwili dla niego wdzięczność: te łzy były jedynym uświetnieniem przygnębiającego obrzędu.
Ale zachowanie się służącego nad grobem zaniepokoiło go i zwiekszalo zagadkę tego pogrzebu. Mowy pogrzebowej nie było.
Przy świetle dogasających pochodni organista zdjął z księdza kapę i ściągnął komżę, gdy Osiecki podszedł do niego z synowcem zmarłego i przedstawił: „Pan Zbigniew Twardowski, nowy dziedzic Turowa, ksiądz Rybarzewski, proboszcz tutejszy i przyjaciel ś.p.
stryja pańskiego”.
Uścisnęli sobie dłonie.
Ksiądz ciekawie się przypatrywał nie zwykłemu wyglądem człowiekowi.
który mu ceremonialnie dziękował za smutny obrzęd. Podszedł mały człowieczek z siwą bródką. Adwokat przedstawił go Twardowskiemu jako doktora Zemłę, który leczył zmarłego.
- Ja tylko byłem pod ręką - prostował doktor - i służyłem w razie potrzeby.
Ś.p.
stryj pański leczył się u największych powag europejskich.
Niestety, na jego serce nie było rady.
Chwała Bogu, śmierć miał lekką.
- Tak, śmierć miał lekką -rzekł ksiądz, kładąc nacisk na pierwszy wyraz zdania. Miał jakby coś dalej mówić.
ale nagle urwał.
Twardowski bystro na niego spojrzał.
Ksiądz pod tym wzrokiem uczul widocznie potrzebę powiedzenia czegoś, ale dorzuci tylko:
- Ma już spokój...
Synowiec zmarłego obserwował dalej księdza.
Był to człowiek lat pięćdziesięciu, silnej budowy.
prosty w zachowaniu się, z tarza dość grubą, ale sympatyczną; w jego dużych jasnych oczach widać było pewną głębię i myśli i uczucia. Ksiądz nagle przybrał swobodny wyraz twarzy i zaproponował wszystkim trzem, by wstąpili na plebanie rozgrzać się szklanką herbaty. Adwokat pośpieszył z odpowiedzią: - Jak panowie wiedza, pan Twardowski przyjechał na pogrzeb prosto z Paryża, jest niezawodnie zmęczony.
Ja zaś jeszcze dziś chciałbym pomówić z nim o interesach i odjechać na noc do Warszawy, gdzie od wczesnego rana mam zajęcia. Zostawili księdza z doktorem, sami zaś wsiedli do
limuzyny, czekającej przed cmentarzem.
Grzegorz zajął swe miejsce przy szoferze. Jechali w milczeniu.
Twardowskiemu brzmiały jeszcze w uszach słowa księdza, w których także tkwiła zagadka, i stał mu przed oczyma ten dziwny w swym ubóstwie, rozpaczliwy w smutku pogrzeb, pogrzeb jakby skazańca.
Ksiądz, adwokat, doktor.
trochę służby i garstka ciekawego ludu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz